Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2015

JENNIFER ANISTON W FILMIE "CAKE"





Jak to dobrze, że nasi rodacy pozostawili tytuł angielski, bo "Ciasto", jakoś mi nie brzmi. 
Wszystkie portale opisują, że "Cake" to historia kobiety walczącej z chronicznym bólem. I jest to opis zły. Nie wiem, kto go wymyślił i dlaczego wszyscy powielają.
Pierwsza scena: Claire (Jennifer Aniston), trochę znużona, trochę nerwowa, siedzi sobie na spotkaniu grupy terapeutycznej osób próbujących radzić sobie z chronicznym bólem. Ale nie o to w filmie chodzi, początek filmu nie generuje od razu tematu, którego film dotyczy. Wypadałoby obejrzeć całość, a potem pisać opis filmu. Wracam już jednak do rzeczy.
Na tym spotkaniu dowiadujemy się, że jedna z uczestniczek (Nina) popełniła samobójstwo. Psycholog prowadząca grupę prosi więc wszystkie obecne panie, że ona będzie udawać zmarłą, a one mają powiedzieć do niej, co chciałyby jej przekazać. Niektóre płaczą, inne wypominają, że zostawiła kilkuletniego synka i męża, a Claire się nudzi i bazgrze coś na kartce. Pani psycholog pyta więc, dlaczego nic nie mówi. Ona na to (oczywiście nie jest to cytat tylko moja parafraza), że bardzo łatwo ocenić samobójcę, po co się wgłębiać w motywy czynu, lepiej zbluzgać i tyle. Za tę wypowiedź pani psycholog sugeruje Ninie zmianę grupy terapeutycznej (a to dlatego, że Claire zbyt bezpośrednio, no i wrednie, dała do zrozumienia innym uczestniczkom, że są nie takie, jak powinny).
Stopniowo dowiadujemy się, dlaczego Claire coś boli (i co ją boli - noga). Claire zastanawia się nad samobójstwem, dlatego próbuje się czegoś dowiedzieć o śmierci Niny. Odwiedza, a właściwie nachodzi jej dom, męża, synka. W międzyczasie Claire nałogowo bierze leki - chociaż nie powinna, chodzi na rehabilitację - która powinna już dawać rezultaty, ale jakoś nie daje. Jak myślisz dlaczego Einsteinie? Bo problem nie leży po stronie fizycznej, a psychicznej. 

Teraz uwaga SPOILER! Do tego momentu czytajcie, jeżeli nie widzieliście filmu, a chcecie.

Coś było już na rzeczy od początku (patrz: telefon od byłego męża z pytaniem, czy może zabrać resztę swoich rzeczy), ale dopiero po jakimś czasie i to też nie bezpośrednio, dowiadujemy się, że Claire miała wypadek, w którym zginął jej mały synek. Odsunęła od siebie męża, nie pracuje (chociaż można się domyśleć, że była świetną prawniczką), sypia z podejrzanymi typami, boi się, ale codziennie chce umrzeć. Jedzie na miejsce samobójstwa Niny, raz nawet (ale nie do końca świadomie) połyka za dużo leków i ląduje w szpitalu. 
Raz widzimy, że coś się zmienia - Claire maluje się i robi makijaż, żeby spotkać się na obiedzie z mężem Niny i jej synkiem - niespodziewanie jednak do jej drzwi dzwoni sprawca wypadku i znowu coś się załamuje. To jednak nie koniec. Podczas jednej ze swoich halucynacji (nie wiem, czy wywołanych bólem, czy lekami - bardziej to drugie) przypomina sobie, że podczas jednej z sesji terapeutycznych Nina wyjawiła, że najbardziej na świecie chciałaby upiec swojemu synkowi tort (mamy więc tytułowy "Cake"). Claire nie piecze go własnoręcznie, ale zanosi do domu Niny wraz z prezentem urodzinowym dla małego Caseya. 
Na ścianę w najważniejszym miejscu domu wraca też zdjęcie synka Claire. Nie zawiesza go ona, ale jest to jeden z impulsów do zmiany i powrotu do życia. Claire ostatecznie decyduje się na ŻYCIE. Jedzie na cmentarz i WRACA do siebie. Można się już tylko domyślać, ale ból znika. Fizyczny też, ale przede wszystkim psychiczny. 
Nie wyłączajcie napisów końcowych - świetny cover piosenki Beyonce "Halo" w wykonaniu Gary'ego Lightbody'ego.

Co mi się podobało: 
- sama Jennifer Aniston - bez makijażu, za to z ironicznym dowcipem (świetna scena, gdy Claire mówi pani psycholog, że zamierza złożyć pozew z powodu wyrzucenia je z grupy terapeutycznej z przyczyn dyskryminacyjnych, tj. za jej cechy osobowości, gada, gada, gada, a potem mówi, że żartuje, chyba, że .... - naprawdę majstersztyk) i historyjkami opowiadanymi nie w pełni świadomie, wredna, przeklinająca, ale bardzo budząca moją sympatię przez to, że jest po prostu szczera, 
- aktorka grająca Silvanę (pomoc domową i właściwie życiową Claire) - taki miły dodatek do naszej bohaterki, 
- pomysł na nieoczywisty tytuł filmu, 
- piękny - chociaż nie w moim stylu - dom Claire (bardzo kalifornijski, słoneczny, z basenem i fotelami Butterfly), 
- halucynacje Claire (zwłaszcza Nina), 
- muzyka - niedominująca, ale nadająca klimat (w zasadzie tak powinno być, w wielu filmach jest tak, że tylko muzyka tworzy klimat), 
- scena w kinie samochodowym (moim zdaniem jednym z symboli starych, dobrych Stanów), 
- no i na koniec - wszystkie kobiece role (Claire, Silvana, Nina grana przez Annę Kendrick, pani psycholog grana przez Felicity Huffman, rehabilitantka grana przez Mamie Gummer, córkę Meryl Streep).

Co mi się nie podobało: nic :)

A jakie są Wasze opinie o filmie? Podzielcie się Waszymi emocjami po obejrzeniu filmu.

P.S. Męża Niny  gra Sam Worthington, ale to i tak niczego nie zmienia).

poniedziałek, 9 marca 2015

"DZIKA DROGA"



"Z słońcem pochwalonym teraz pędźmy razem
Na nim, na odyńcu galopujmy dalej.
Chwała tobie, wietrze
Wieczny, ty młodziku,
Sieroto świata, ulubieńcze losu
Od złego ratuj i kąkoli w zbożu
Łagodnie kołysz tych co są na morzu..."
                  /"Gloria", Stare Dobre Małżeństwo/

Po obejrzeniu "Dzikiej drogi" przypomniały mi się noce spędzone w namiocie niewiadomo gdzie, wiadomo za to z kim i wiadomo z czyimi piosenkami w tle (oczywiście Starego Dobrego Małżeństwa). Dla każdego, kto kiedykolwiek dał się wciągnąć w wędrówkę (nie tylko górską) będzie jasne, jak słońce, dlaczego Cheryl Strayed (grana przez Reese Witherspoon) chce i musi pokonać szlak PCT* (Pacific Crest Trail).


źródło
Ale zacznijmy od początku. 
"Dzika droga" ("Wild") to podróż wgłąb Ameryki i wgłąb siebie. 
Cheryl Strayed rusza w drogę. Wcześniej zdradziła męża, który ostatecznie od niej odszedł, zmarła najbliższa jej osoba - matka, która wiele lat wcześniej dla dobra jej i jej brata odeszła od męża alkoholika i brutala. 
Cheryl ma gdzieś takie życie, więc eksperymentuje: z mężczyznami, narkotykami, traci kontrolę nad wszystkim. Najgorsze jest to, że Cheryl wini za swój stan matkę (jej odejście). Matka zaś przez całe życie walczyła o to, żeby jej dzieci kochały i potrafiły cieszyć się z życia - bez względu na wszystko. W jednej ze scen Cheryl mówi matce, że jest bardziej wyrafinowana i obyta w świecie niż ona była w jej wieku, na co matka opowiada, że pomimo, iż takie słowa ją ranią to właśnie o to dla niej walczyła przez całe życie. Takich retrospektyw (umiejętnie wplecionych w fabułę) jest zresztą mnóstwo w filmie. 
Cheryl szuka odpowiedniej drogi pomiędzy dobrymi i złymi wspomnieniami.
Droga jest tutaj próbą pokazania samej sobie, że jest się wartościowym człowiekiem. Cheryl próbuje dotrzeć do tego, co jej matka wiedziała od zawsze - że jest warta tego, aby dobrze i szczęśliwie przeżyć swoje życie. Wędrówka nie jest jednak lekiem na problemy życiowe Cheryl, a próbą sprawdzenia siebie. Sprawdzenia, czy nadaje się do życia.
Słowa padające w filmie są istotne, ale najbardziej przemawiające w filmie są oczywiście obrazy i muzyka. Poza tym uważajcie na przepiękne cytaty z amerykańskiej literatury (m.in. Emily Dickinson).
Zakończenie: naładowane taką pozytywną energią, że chce się wyruszyć w drogę. Dla jednych istotny będzie cel, dla innych sama wędrówka. Dla wszystkich jednak starczy miejsca...

P.S. 1: Przed obejrzeniem filmu celowo nie czytałam żadnych notek czy recenzji w internecie, dopiero po seansie okazało się, że historia Cheryl Strayed jest prawdziwa - patrz: książka (nie miałam pojęcia - ale i tak nie wiem, czy zdecydowałabym się ją przeczytać - a to dlatego, że jej poradnikowo brzmiący podtytuł "Jak odnalazłam siebie", jak mawiają Amerykanie, it's such a cliche - wiem, że nie powinnam w ten sposób oceniać, no ale cóż nic na to nie poradzę). 

P.S. 2: Reese naprawdę zasłużyła na nominację do Oscara.
P.S. 3: Film otrzymał nagrodę (i bardzo słusznie) za najpiękniejszą lokalizację we współczesnym filmie (LMGA Award).

* PCT to pieszy szlak turystyczny w Stanach Zjednoczonych, który przebiega od granicy USA z Meksykiem do granicy USA z Kanadą - biegnie przez stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton. Jego długość to niecałe 3000 mil (czyli ponad 4000 km).

niedziela, 1 marca 2015

Wywiad w GW z Pawłem Pawlikowskim, reżyserem "Idy" - POLECAM


źródło
Gorąco polecam wywiad z Pawłem Pawlikowskim, reżyserem "Idy". O motywach i inspiracjach, które towarzyszyły powstawaniu filmu, ale również o Polsce, emigracji, Kościele, rodzinie.

"Kiedy jestem na festiwalach z filmem ''Ida'', to zawsze trafi się jakiś Polak z zagranicy przejęty tym, jak w tym filmie pokażą Polskę, czy jest tak fantastyczna, jak on by chciał pokazać ją światu. Dlaczego musimy cały czas coś udowadniać? Skąd ten kompleks? Nieważne, czy film jest dobry, czy zły, ma być tylko potwierdzeniem jego wyobrażenia o naszym kraju."

wtorek, 24 lutego 2015

JAK POZOSTAĆ SOBĄ - "STILL ALICE"


źródło


Gromadzisz wspomnienia, marzysz o przyszłości, czekasz z utęsknieniem na kolejny dzień.
A co jeśli jutro zapomnisz fragmentu wykładu, prezentacji, pojutrze zgubisz się na ulicy, którą znasz, jak własną kieszeń, a za tydzień zapomnisz o spotkaniu z przyjaciółmi? Pomyślisz: przemęczenie, stres, za dużo obowiązków na głowie.
Alice Howland, bohaterka filmu "Still Alice" nie miała tyle szczęścia. Wybitna profesor lingwistyki, kochająca swoją pracę wykładowczyni, matka trójki dzieci, żona. Nagle okazuje się, że przypadkowe zaburzenia pamięci to wczesne stadium choroby Alzheimera. Szok, niedowierzanie, walka z samym sobą. Pudełko tabletek z instrukcją, jak do nich dotrzeć i jak je zażyć - tak na wszelki wypadek. Dobrze, że jest rodzina, dzieci... Szkoda tylko, że mąż, kiedyś tak oddany i kochający, nie potrafi poświęcić żonie ani chwili. No tak, przecież on będzie żył dalej...normalnie. Dobrze, że Alice już tego nie będzie pamiętać...
Obserwacja nieustannych prób pozostania sobą naprawdę daje do myślenia. Brawa dla Julianne Moore i dla autorów filmu za podjęcie niezbyt "filmowego" tematu, jakim jest choroba Alzheimera. Alice mówi w filmie, że wolałaby mieć raka. Dla chorych na raka ludzie noszą różowe bransoletki, zbierają datki, biegają w maratonach. A jej jest po prostu wstyd...
Na koniec banał: nie ma leku na Alzheimera, ale przecież jest...miłość.

źródło

P.S. Posłuchajcie ścieżki dźwiękowej, naprawdę warto (wzruszająca "If I had a boat" w wykonani Karen Elson).

"IDA" I INNE OSCARY 2015

źródło
Chciałoby się wykrzyczeć "Nareszcie!". Po bodajże 10 nominacjach, mamy Oscara. I to nie za film patetyczny, melodramatyczny czy martyrologiczny. Za film prosty, poetyczny, z przepięknymi zdjęciami. Za taki film warto otrzymać Oscara i być na ustach wszystkich (NYT, Huffington Post).

Nowicjuszka Ida odwiedza swoją jedyną krewną, ciotkę Wandę Gruz (dawną stalinowską prokurator, obecnie samotną kobietę zesłaną na "sędziostwo"). Dowiaduje się, że jej rodzice byli Żydami i zginęli w czasie wojny. Ciotka stopniowo opowiada o małżeństwie swojej siostry Róży z ojcem Idy, o wojnie, o tym, że nie wie, gdzie się za nich modlić. Wyruszają razem w podróż, nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie. Dla Wandy podróż ta otwiera stare rany, Ida mam wrażenie wszystko przyjmuje ze spokojem. Każda scena filmu jest ważna i każdą scenę należy uważnie oglądać. Największą rolę gra w filmie cisza, tylko, że ta cisza nie przynosi ukojenia, cisza przywraca wspomnienia, o których niektórzy pragną zapomnieć.
Wojna wyzwoliła w ludziach najgorsze instynkty. Ktoś był bohaterem, a ktoś inny zabójcą. Ktoś najpierw był ofiarą, a potem stał się katem. Pytać jest łatwo, trudniej uzyskać odpowiedź. Pytanie "dlaczego?" jest najtrudniejsze. Istotne jest jednak to, że nikt w "Idzie" nikogo nie ocenia, nie skazuje, ale też tak łatwo nie rozgrzesza.
Zakończenie... każdy ma prawo do podjęcia własnego wyboru. Najpierw wybiera Wanda, potem Ida.

O samej historii opowiedzianej w "Idzie" napisał juz każdy. Ja, na koniec, muszę poświęcić choć zdanie o muzyce towarzyszącej naszym bohaterkom. Muzyka zostala idealnie wkomponowana w klimat każdej sceny. Mamy jazz grany przez Dawida Ogrodnika, mamy rock and roll. A przede wszystkim mamy genialną Joannę Kulig śpiewającą w zespole Chłopaka (granego przez Dawida Ogrodnika) piosenki z lat 60. ("Miłość w Portofino", "Jimmy Joe").      

Na koniec mała dygresja: jak czytam recenzje i komentarze, że "Ida" to film antypolski, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Podobnie, gdy czytam, że jest nudny, trwa za długo, niewiadomo o co chodzi. Informacja dla tych, którzy tak uważają: widocznie nie dorośliście do takiego poziomu (i najprawdopodobniej nigdy tak się nie stanie). Oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania. Mimo wszystko takim osobom polecam trwać dalej przy arcydziełach typu "Transformers", "Wojownicze żółwie ninja" czy "50 twarzy Greya". Poza tym, kto Wam kazał pójść na film, który wymaga skupienia, uwagi, znajomości historii Polski, a przede wszystkim pewnego rodzaju wyczucia i empatii.

Żeby nie było, że tylko ten jeden Oscar mnie obchodzi - another Oscars goes to:

- najlepszy film, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsze zdjęcia: "Birdman"
źródło

- najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Julianne Moore ("Still Alice")

źródło
- najlepszy aktor pierwszoplanowy: Eddie Redmayne ("Teoria wszystkiego")
źródło
- najlepsza aktorka drugoplanowa: Patricia Arquette ("Boyhood")
źródło
 - najlepszy aktor drugoplanowy: J.K. Simmons ("Whiplash)
źródło
- najlepsza muzyka filmowa, charakteryzacja, kostiumy, scenografia: "Grand Budapest Hotel"
źródło
- najlepszy scenariusz adaptowany: "Gra tajemnic"
źródło 
"Drobniejsze" Oscary mnie nie interesują :) 
Pozdrawiam i zapraszam do oglądania:)

piątek, 20 lutego 2015

AŻ STRACH SIĘ BAĆ - MORDERSTWO POD CENZURĄ, ZIARNO PRAWDY, SŁUŻBY SPECJALNE



Macie dosyć szumu wokół filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya”? Witajcie w klubie!

Żeby nie było, od razu uprzedzam, że ani nie czytałam ani nie oglądałam. Świadomie. I nie mam zamiaru. Zamiast spotkania z erotyczną pseudoliteraturą (z góry przepraszam, jeżeli kogoś obraziłam, ale przeczytałam pierwszą stronę książki i od razu mnie odrzuciło), proponuję spotkanie z zagadką, kryminałem, tajemnicą, historią. W wersji polskiej. Będzie bardzo skrótowo, żeby nikogo nie męczyć.
źródło: http://www.filmweb.pl/film/S%C5%82u%C5%BCby+specjalne-2014-699881/posters

„SŁUŻBY SPECJALNE”  – wiem, wiem, w kinach było już jakiś czas temu, ale dopiero teraz udało mi się obejrzeć. Wszystko zaczyna się od likwidacji WSI*. Powstaje tajna grupa do zadań specjalnych złożona z byłego SB-eka Mariana Bońki (Janusz Chabior), agentki ABW Ps. „Białko” (Olga Bołądź) i Janusza - żołnierza, który uczestniczył m.in. w misjach na Wzgórzach Golan czy w Afganistanie (Wojciech Zielinski). Rzekomo mają działać dla dobra Polski (i przynajmniej ze strony Janusza widać prawdziwe oddanie dla kraju), ale okazuje się, że nie wszystko jest takie oczywiste… 
Tak pokrótce: obsada boska (najlepszy Janusz Chabior, świetna Kamilla Baar w wersji korpo, niespokojny Wojciech Zieliński i dobrze „zrobiona” Olga Bołądź – chociaż jej gra aktorska najbardziej mnie rozczarowała, już w „Czasie honoru” była lepsza, no i zapomniałabym: wyrazista Agata Kulesza, jako onkolog lecząca Mariana Bońkę), muzyka dobra, wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń – zabawne, dobre „amerykańskie” kino akcji z odrobiną polskości (patrz: życie dawnych SB-eków w wolnej Polsce, Kościół i jego wpływy, historie rodzinne bohaterów – koszmarne dzieciństwo, dom dziecka, choroba nowotworowa).
Dla mnie najbardziej uderzające były wątki prywatne bohaterów, zwłaszcza małżeństwa Janusza. Poza tym, choć to żadna nowość dla każdego Polaka, cały ten syf polityczno-biznesowy, przedstawiony tak dobitnie, że ma się dosyć życia w takim kraju. Tylko tak z drugiej strony, przecież tak jest wszędzie…
P.S. Podobno na TVP2 ma niedługo być serial powstały na podstawie filmu. Koniec filmu być raczej wieloznaczny (jak zwykle bywa), więc mam nadzieję, że serial nie będzie tylko wydłużoną wersją filmu, a historia potoczy się dalej.

*dla tych, co nie wiedzą: o Wojskowych Służbach Informacyjnych było głośno po słynnym raporcie komisji weryfikacyjnej Antoniego Macierewicza; raport został sporządzony po likwidacji WSI, stwierdzono w nim, że niektóre działania i akcje WSI były nielegalne, jaka jest prawda, tego najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy; ostatnio znowu było trochę plotek o WSI – kto ma taką potrzebę, Pan Google służy pomocą w znalezieniu informacji;

źródło: http://www.filmweb.pl/film/Ziarno+prawdy-2014-705248/posters

 „ZIARNO PRAWDY” – zamiast w Walentynki pójść na „arcydzieło”, o którym wspominałam na początku, wybraliśmy się na rasowy polski kryminał. Uwielbiam trylogię Zygmunta Miłoszewskiego o białowłosym prokuratorze Teodorze Szackim, dlatego nie mogłam sobie darować i nie pójść na film. Reżyseria: Borys Lankosz (wcześniej reżyserował „Rewers” z Agatą Buzek i Marcinem Dorocińskim), muzyka: Abel Korzeniowski (tworzył muzykę m.in. do „Samotnego mężczyzny”), współautor scenariusza: Zygmunt Miłoszewski, główna rola: Robert Więckiewicz, role drugoplanowe: Jerzy Trela, Magdalena Walach, Krzysztof Pieczyński – czego chcieć więcej.
Już początkowa sekwencja, a w zasadzie animacja, wbija w fotel. Niesamowicie dobrze zrobione zdjęcia i muzyka idealnie dopasowana do każdego kroku bohatera, tworzą perfekcyjne tło dla zbrodni. Na końcu okazuje się oczywiście, że zło jest właściwie banalne, tylko, że środki nieco „fantazyjne”.
Nie będę pisała o fabule – każdy może sobie wygooglować, przeczytać książkę albo obejrzeć film. Co jest dobre w filmie (w książce oczywiście też) to, oprócz świetnie skonstruowanej intrygi, dobrze ukazane niuanse polskiej rzeczywistości i polskich wad narodowych. I choć rzecz dzieje się w Sandomierzu, gdzie historia XX w. boleśnie odcisnęła swoje piętno, Polacy są wszędzie tacy sami.
Plakaty filmu głosiły, że zło bierze się z gadania. Ja myślę, że źródłem każdego zła jest zazdrość. A zazdrościć można wszystkiego: samochodu, domu, pieniędzy, pracy, męża, żony, dzieci, nawet cech charakteru, do wyboru do koloru.
Bardzo dobre kino gatunkowe.


„MORDERSTWO POD CENZURĄ” MARCINA WROŃSKIEGO. Na koniec dobry (ale nie bardzo dobry) polski kryminał na papierze.  
            „Morderstwo pod cenzurą” rozpoczyna serię książek kryminalnych o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim, który stoi na straży praworządności w międzywojennym Lublinie. Komisarz Maciejewski lubi wypić, mieszka jak menel, ubiera się nie lepiej, facjata jak bandyta, ma problemy z kobietami, hobby: boks. Jeden porządny współpracownik (rodzinny i uporządkowany protestant Kraft) plus reszta. W Święto Niepodległości zamiast świętować nasz komisarz i jego ekipa zastanawiają się nad zagadką znalezionego kilka dni wcześniej redaktora naczelnego „Głosu Lubelskiego”. Później jest nie lepiej, bo mamy kolejnego trupa. W tle: przekrój wszystkich międzywojennych opcji polityczno-światopoglądowych, chyba dobra topografia Lublina (byłam raz, więc wierzę Wrońskiemu na słowo), życie spelun, śmierdzących zaułków, brudnych kamienic, melin, burdeli, etc.
Breslau ma Eberhardta Mocka, Lwów i Wrocław mają Edwarda Popielskiego, a Lublin ma Maciejewskiego. Jako wielbicielka kryminałów Marka Krajewskiego o Mocku i Popielskim, jestem bardzo krytyczna wobec Wrońskiego. Jego kryminały (jestem w trakcie trzeciej książki „A na imię jej będzie Aniela”) czyta się niby w jeden dzień, ale czegoś mi w nich brakuje. I sama nie wiem czego. Wrocław znam, więc może dlatego kryminały Krajewskiego bardziej mi odpowiadają. Może Krajewski ma bardziej cięte i inteligentniejsze riposty, a może Maciejewskiemu brakuje sznytu, elegancji i klasycznego wykształcenia Mocka i Popielskiego. Mimo pewnych niedociągnięć, wolę jednak taką rozrywkę niż nawet i sto twarzy jakiegoś Greya czy Blacka.
Udanego weekendu! W niedzielę trzymamy kciuki za „Idę” :)



wtorek, 10 lutego 2015

FRANCUSKI WIECZÓR - PATRICK MODIANO + "ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE"

Przeziębienie i inne sprawy, które zaprzątały mi głowę w ostatnich tygodniach sprawiły, że nie mogłam się zabrać do napisania czegokolwiek.
Od jakiegoś czasu pogoda rozpieszcza nas na zmianę prawdziwą zimą, jesienną pluchą albo wiosennymi roztopami.  
Na dni, gdy świeci słońce, polecam spacery, a na „te inne” dni polecam rozrywkę książkową bądź filmową we francuskim wydaniu.


PATRICK MODIANO „PRZEJECHAŁ CYRK”

Po przeczytaniu „Zagubionej dzielnicy” sięgnęłam po kolejną książkę zeszłorocznego laureata Nagrody Nobla.
„Przejechał cyrk” to 130 stron dobrej, nienudnej literatury. W sam raz na jeden wieczór z kieliszkiem wina (oczywiście francuskiego). Wino jest tutaj kluczowe, żeby dobrze się wczuć w klimat paryskiego życia. A jak ktoś chce się wczuć jeszcze bardziej, mieszka w większym mieście i ma kilka kroków od siebie jakąś miłą café albo patisserie to zapraszam.

Modiano zbudował książkę w podobnym schemacie co „Zagubioną dzielnicę”. Główny bohater wspomina pewne wydarzenia z okresu, gdy miał osiemnaście lat. W dosyć skomplikowanych okolicznościach poznał wtedy niewiele od siebie starszą, tajemniczą, dziewczynę. Nic o niej nie wie, ale postanawia dzielić z nią swoją codzienność. Ona w pewien sposób wplątuje go w swoje życie, co nie oznacza jednak wcale, że nasz młodzieniec poznaje ją lepiej. Wręcz przeciwnie. Cała fabuła oparta jest na poszukiwaniach i próbach odgadnięcia kim ona jest, skąd się wzięła, czy ze mną zostanie, etc. Rozwiązanie zagadki – na ostatniej stronie. A przez 129 stron zapraszam na cudowną przejażdżkę po Paryżu.


„ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE”

Boska francuska komedia (a ja za komediami nie przepadam, więc tym bardziej mój głos się liczy). Szczery uśmiech przez prawie cały czas gwarantowany.

Trzy córki katolickich konserwatystów i gaullistów Claude’a i Marie Verneuil (nie ręczę, że dobrze napisałam nazwisko – niestety po francusku znam tylko baguette, croissant i coq au vin:D) wyszły kolejno za mąż za Żyda, Araba i Chińczyka. Nadzieja pozostała przy córce czwartej. Nasze „tolerancyjne” małżeństwo liczy, że córka wyjdzie za mąż za prawdziwego Francuza-katolika. Katolik jest, Francuz też (tyle, że z byłych kolonii), tyle tylko, że o innym kolorze skóry. I dopiero się zaczyna…

Francuzi pokazali, że potrafią śmiać się z siebie, a także, że doceniają swoją wielokulturowość. Przyznają się, że koegzystencja różnych nacji i poglądów jest trudna, ale nie niemożliwa.

Życzę miłego wieczoru :)