Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

"WSZYSTKO, CO LŚNI" Eleanor Catton + refleksja nad 52 książkami




Dzisiaj, Panie i Panowie: „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton (Kanadyjki wychowanej
i mieszkającej w Nowej Zelandii).
Jak „głosi” okładka: „Jednocześnie powieść wiktoriańska i literacki thriller. Ta diabelsko sprytnie skonstruowana, absolutnie wyjątkowa książka potwierdza, że Catton jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na współczesnym pisarskim firmamencie”.
Powieść przeczytałam już jakiś czas temu, więc z góry przepraszam za niezbyt „dokładną” recenzję. Za „dokładną” rozumiem tu „szczegółową”. Wiele drobiazgów ulotniło się już z mojej pamięci, ale pozostały pewne wrażenia, odczucia. Gdybym miała w ciągu paru sekund opowiedzieć, co zapamiętałam, co pozostawiło ślad, napisałabym tak. Życie w XIX wieku na obczyźnie, w nieznanym klimacie, na nieznanej ziemi, pośród osób – podobnym tobie – szukającym szczęścia w życiu, jest niewyobrażalnie trudne. Na każdym kroku czyha zło (pod różnymi postaciami), brud, trud i znój.

Powieść została napisana zgodnie z przebiegiem faz księżyca. Stosownie do tego – pierwsza część jest najdłuższa i kolokwialnie mówiąc, odrobinę rozwlekła – cóż jednak zrobić, gdy księżyc w pełni. Ostatnia część, najkrótsza, liczy zaledwie niecałe dwie strony – księżyca wszak już prawie nie widać. Autorka bardzo skrupulatnie podeszła do tematu księżyca, układów gwiazd, horoskopów, znaków zodiaku, astrologii etc. Powiem szczerze, mnie to jakoś nie zainteresowało za bardzo. Jest to oczywiście ciekawy element powieści z uwagi na oryginalny pomysł, w jaki sposób „ułożyć” powieść, ale poza tym jakoś mnie to nie poruszyło.
Akcja powieści osadzona została w XIX-wiecznej „złotej” Nowej Zelandii, do której ściągają tłumy poszukiwaczy. Szczęścia. Pieniędzy. Pracy. I tłumy uciekinierów. Od złej sławy. Od rodziny. Od długów. Każdy zaczyna na nowo swoją historię. Emigranckie życie poszukiwaczy złota i poszukiwaczy nowego życia pisarka połączyła w klimat angielsko (ale nie-wiktoriańsko) - amerykański (kalifornijski).
Do Hokitika przybywa Walter Moody, który odtąd będzie nam towarzyszył przy rozwikłaniu zagadki (zagadek) kryminalnej, wokół której toczy się akcja powieści. Istotny element fabuły stanowi tu przeznaczenie, które dało o sobie znać już na samym początku. Z fatum wiąże się wątek miłosny, który pozostający niby na uboczu powoli wychodzi na światło dzienne (paradoksalnie właśnie wtedy gdy światła księżycowego ubywa). Splątane przez przeznaczenie losy dwóch bohaterów książki wpływają na losy innych postaci.
  Nie wiedzieć czemu, powieść Catton nie przypomina mi powieści wiktoriańskiej, a raczej dzieła Steinbecka (głównie „Na wschód od Edenu”, ale także „Grona gniewu”). Tu Kalifornia i Salinas, tu Nowa Zelandia i Hokitika. Steinbeck pyta o dobro i zło w człowieku, Catton również. Pisarzy łączy też styl pisania, ale styl w sensie realizmu i romantyzmu – z jednej strony wspaniałe, bardzo realistyczne i pieczołowicie skonstruowane opisy miast i sposobu życia mieszkańców Salinas i Hokitiki, a z drugiej strony refleksyjne, romantyczne elementy powieści. Refleksje Waltera Moody’ego (jedynego stojącego jakby obok wydarzeń, które stanowią oś łączącą wszystkie wątki) dotyczące pojęcia „prawdy”, tego, co dla danego człowieka jest prawdą mają wymiar wręcz liryczny.
Epickiego rozmachu i zwrotów akcji nie brakuje, styl powieści cudny (wielkie brawa również dla tłumacza). Co tu dużo pisać. Szykujcie się więc do czytania. Będzie bardzo przyjemnie.:)

P.S. Na koniec dygresja - chociaż na temat książek. Pewnie dużo osób delikatnie mówiąc skrytykuje mój pogląd, ale przyznaję - nie podoba mi się (bardzo mi się nie podoba) facebookowa zbiórka (raczej powinnam napisać zbieranina) osób, które postanawiają przeczytać 52 książki w roku 2015. Absurd nad absurdami, rzekomo mający zachęcić do czytania. Większej bzdury nie słyszałam. Jeżeli ktoś kocha czytać, lubi, ma czas, ochotę, to po prostu czyta. Tyle. Większość moich znajomych, przyjaciół, krewnych, bliskich mi osób – NIE CZYTA. Nie czyta w ogóle. Czasem przeczyta Glamour albo Cosmo, od biedy Fakt lub lokalną prasę (część męska przejrzy Playboya albo Przegląd Sportowy). Niektórzy od czasu do czasu rzucą okiem na jakiś poradnik w stylu „jak żyć vs. jak schudnąć”, książkę kucharską znanej blogerki lub przeczytają „50 twarzy Greya”. Znam dwie (słownie: „dwie”!) osoby, które oprócz mnie NAPRAWDĘ CZYTAJĄ. I nie przeszkodzi im w tym nawet wielkie, zbiorowe, międzynarodowe noworoczne postanowienie. Uff, wyżaliłam się, już mi lepiej. Z góry przepraszam, jeżeli kogoś chcący-niechcący obraziłam.
Miłego wieczoru!

piątek, 14 listopada 2014

Spring november ends... + "Nocne zwierzęta" Patrycji Pustkowiak



Przepiękny wiosenny listopad tegorocznej jesieni mija powoli, bezpowrotnie… Dzięki temu jednak mam odrobinę wolnego czasu, żeby posiedzieć na sofie (zauważyliście, że nikt już nie mówi kanapa czy wersalka, a już broń Boże tapczan, teraz mamy sofy, szezlongi, pufy – taka mała dygresja) i podzielić się z Wami kolejnymi książkami. Będzie zatem o tych przeczytanych, oczekujących oraz nowościach, o których głośno w mediach wszelkiej maści.
Najpierw jednak taka mała refleksja.
Wszędzie, gdzie ostatnio mnie mój wzrok – i klawiatura – poniesie, słyszę, że każdy „piszący” (czyli pisarz, dziennikarz, bloger – swoją drogą mój Word nie zna takiego wyrazu, czy też początkujący pisarz…. i jak wyżej) powinien każdy dzionek zaczynać od pisania, przerywać dla pisania bądź kończyć pisaniem. A więc (wiem: zdania nie zaczynamy od „a więc”, ale cóż…tak już mam) ja też tak postanowiłam i od paru dni nawet mi się udaje. Efekty – już niedługo na blogu.


A dzisiaj: wreszcie recenzja „Nocnych zwierząt” Patrycji Pustkowiak. Echa finału Nagrody Nike już dawno przebrzmiały, a ja dopiero teraz zdecydowałam się napisać coś niecoś o finalistce Nike.
Od razu zaznaczę, że przed przeczytaniem spotkałam się tylko z pochlebnymi, a co najmniej aprobującymi opiniami o debiucie literackim Pustkowiak. Wymagania wzrosły, napięcie sięgnęło zenitu (a może raczej sufitu:) i... opadło tak szybko, jak się wzbiło. Książka nie odzwierciedliła jakże szumnych recenzji i zapowiedzi. Okazała się zbiorem średnio ciekawych alkoholowo-narkotykowych perypetii i wizji Tamary Mortus – bohaterki książki – z kilku dni czy też jednego weekendu. Tamara nie ma pracy, nie ma partnera, nie ma rodziny, nie ma przyjaciół. Ale ma whisky, wino, piwo, koks, telefon do dilera, znienawidzonych byłych współpracowników z korpo, filmy porno wieczorami, obleśnych przyjaciół od kieliszka i wciągania kreski, etc. Co zadziwiające Tamara nie ma pracy, ale ma pieniądze na koks, whisky i jak wyżej, nie mieszka pod mostem ani w mieszkaniu socjalnym, odwiedza nie-tanie nocne kluby. Dla mnie taki dysonans już psuje całą opowieść i zaczynam się zastanawiać, co autor miał na myśli. Ten dysonans pozostaje ze mną aż do zakończenia, które swoją drogą jest tak absurdalne, jak tylko to możliwe – kusi mnie, żeby zdradzić, co tam Tamara nawywijała i co jej nawywijano, ale może ktoś nie przeczytał, a chce, tak więc, no…. Podsumowanie.
Na okładce książki zacytowano Justynę Bargielską, która pompatycznie ogłosiła, że „Nocne zwierzęta” to wersja „Pod wulkanem” dla kobiet. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego „Pod wulkanem” M. Lowry’ego jest nie dla kobiet, ale to już inna historia. Po drugie „Pod wulkanem” to powieść niejako symboliczna, to książka nie tylko o alkoholizmie, ale też o miłości, o nastrojach wojennych (wojna domowa w Hiszpanii, za chwilę II wojna światowa), wolności i jej granicach. Tego próżno szukać u Pustkowiak. Nie wiem, do jakiej grupy książkę zaklasyfikować. Czytałam już oczywiście wszelkiego rodzaju epickie formy z alkoholem, narkotykami i uzależnieniami w tle. Szczerze - średnio przepadam za tego typu „wnętrzem” książek, ale jeżeli jest to uzasadnione i ma jakieś przynajmniej pseudo-uzasadnienie to w porządku. Gorzej jeżeli nie wiem, czemu służą takie tematy. Może „Nocne zwierzęta” to po prostu swego rodzaju naturalistyczna satyra na życie „warszawki”, „korpo”, życia dla samego siebie, taki wiecie - pamflet. Przykro mi, może nie zrozumiałam aluzji.

Debiut Pustkowiak ani ziębi, ani grzeje. Przeczytanie nie grozi jednak kacem.