wtorek, 2 września 2014

"Zgorzkniała pizda" - subiektywne spojrzenie na macierzyństwo



Kalendarzowe lato jeszcze nie minęło, ale za oknem widok coraz bardziej jesienny… niestety leje.
Ale żeby nie było tak smutno, przedstawiam książkę typowo „letnią”. „Letnią”, bo czyta się błyskawicznie, a więc jest idealna na postwakacyjne odstresowanie się. Nie jest to, co prawda prozatorskie mistrzostwo. Może jednak poprawić humor wielu kobietom, bo okazuje się, że inne mają tak samo źle… albo i jeszcze gorzej.
Polecam w szczególności kobietom, które niedawno zostały matkami, ale w dalszym ciągu chciałyby się realizować w pracy, poświęcać czas swoim pasjom.
Uwaga, już sam tytuł jest wyjątkowy <:)>…
„Zgorzkniała pi*zda” Marii Sveland to historia Sary, 30-letniej Szwedki, która ma dosyć swojego życia „rodzinnego” i dlatego postanawia wyjechać na samotne wakacje na Teneryfę. Zostawia męża i malutkie dziecko w poszukiwaniu własnego ja (temat książki jak widać bardzo oryginalny <ironic>). Po drodze próbuje uporządkować swoje życie, które niestety nie jest takie różowe, jak opisuje się to w prasie kobiecej. Sara analizuje wydarzenia ze swojego życia, które sprawiły, że stała się zgorzkniała. Ku pokrzepieniu serc młodych matek (którą też niedawno się stałam i dlatego rozumiem dobrze główną bohaterkę) zaznaczam, że myśli, które kotłują się w waszych głowach towarzyszą żonom i matkom we wszystkich krajach.

Poza samą historią życia Sary, bardziej zainteresowało mnie jej feministyczne podejście do życia kobiety w społeczeństwie. Poniżej zatem zestaw co dobitniejszych twierdzeń Sary (sparafrazowanych przeze mnie):
- z chwilą pojawienia się dziecka znika równouprawnienie,
- jeżeli patrzymy na życie przez „feministyczne okulary” po urodzeniu dziecka jest jak w „Matrixie” – wybrało się pigułkę prawdy i okazuje się, że świat nie jest już taki piękny, jak we śnie,
- na imprezach zwykle jest tak, że to kobiety, mimo, że często mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni, biegają, donoszą jedzenie, napoje, sprzątają ze stołu, mężczyźni natomiast siedzą sobie za stołem, dyskutują, jedzą, piją coraz więcej…
- macierzyństwo i ojcostwo różni się głównie poczuciem winy, które nieustannie towarzyszy matkom – już tłumaczę na przykładzie: matka małego dziecka wyjeżdżająca na weekend z koleżankami to w opinii społeczeństwa matka wyrodna, ojciec z kolei wyjeżdżający na weekend z kolegami to po prostu zmęczony facet, który musi odpocząć od dnia codziennego – nie mylę się, prawda?
- na spotkaniach w mieszanym towarzystwie (np. na szkoleniach, sympozjach, konferencjach, ale także na spotkaniach typowo towarzyskich – mój dopisek), kiedy ludzie widzą się po raz pierwszy, kobiety zwykle milczą, a faceci gadają jak nakręceni.

            Książka wesoła, niewesoła… ale po jej przeczytaniu stwierdziłam, że można sobie oczywiście feministycznie ponarzekać, ale biorąc pod uwagę fakt, że w najbliższym czasie nic się nie zmieni… po prostu należy się cieszyć każdym uśmiechem mojego maleństwa, nauczyć się prosić o pomoc męża, partnera, rodziców, przyjaciółkę, a przede wszystkim znaleźć nowy sposób na odstresowanie się. A więc (wiem, nie zaczyna się zdania od „a więc...”) świeżo upieczone mamy, łączcie się w swoim zmęczeniu i… na przykład założcie bloga.