poniedziałek, 2 marca 2015

"KRÓLOWA ŚNIEGU" Michaela Cunninghama - uwaga spoiler!



"Królowa śniegu" Andersena to opowieść o miłości, przyjaźni, a przede wszystkim o odpowiedzialności za siebie i za innych. Fabuła "Królowej śniegu" Michaela Cunninghama niby nawiązuje do baśni z XIX wieku, ale niestety nie wiem, w jakim celu.
Książkę Cunninghama dostałam, co prawda w prezencie, ale i tak miałam w planach ją przeczytać. Powód pierwszy (tytułu książek - według kolejności mojego czytania, nie wydania): byłam zachwycona "Godzinami" i "Domem na krańcu świata", "Z ciała i z duszy" było dobre, "Wyjątkowe czasy" w zasadzie rozczarowały, więc postanowiłam sprawdzić, czy nowa powieść będzie z tych lepszych, czy z tych gorszych. Powód drugi: recenzja samego Ignacego Karpowicza.


Najpierw plusy: zimowy opis Nowego Jorku, Brooklynu, Williamsburga (dzielnica "artystyczna", część Brooklynu bodajże), czyli dobre zaaklimatyzowanie czytelnika w miejscu, w którym autor prowadzi opowieść. I to byłoby na tyle.
Miały być emocje, miała być ukryta baśniowość, skomplikowane więzi, ale moim zdaniem nie wyszło. No, ale od początku.
Mamy braci Barreta i Tylera. Mieszkają razem plus umierająca na raka narzeczona Tylera, Beth. Barret jest gejem, niedawno się z kimś rozstał, uwielbia Beth. Tyler jest narkomanem, chociaż Cunningham pokazał go tak, jakby branie codziennie odrobiny kokainy nie było nałogiem. Są jeszcze Liz, 50+ (prowadzi z Beth sklep, w którym pracuje Barret) i Andrew, jej dwudziesto- czy trzydziestoparoletni kochanek, facet czy przyjaciel (jak zwał, tak zwał). Barret podczas spaceru widzi światło i uznaje, że pochodzi ono od Boga (nie, Barret nie bierze narkotyków). Niby mu się to potwierdza, bo Beth nagle zdrowieje (co prawda, żeby parę miesięcy później umrzeć). Tyler tworzy muzykę (pewnie dlatego Williamsburg), ale mu nie wychodzi - wyjdzie dopiero po śmierci Beth, bo umieści swoje utwory na internecie (a może dlatego, że kokę zamieni na herę). Barret podkochuje się w Andrew, bo że niby jest taki piękny - poza tym niestety nie błyszczy intelektem i narkotyzuje się za kasę Liz. Dlatego też Liz z nim ostatecznie zrywa - bo seks to nie wszystko. A seks i tak jest - tyle, że z Tylerem (i to jeszcze przed śmiercią Beth - ale podobno ona nie miałaby nic przeciwko temu, bo podobno Liz robi to z przyjaźni, współczucia, czy nie wiem czego). Aha, Liz też kiedyś widziała światło - ale po haszu, czy LSD, więc się nie liczy.
Ktoś wie o co chodzi? Gratuluję, bo moja wrażliwość najwyraźniej została wyłączona na czas czytania książki.

P.S. Książkę skończyłam czytać kilka dni temu i nie pamiętam zakończenia. Interpretacja mojego stanu dowolna.