Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

"DZIEWCZYNA Z KAMIENIA" IZABELLA CYWIŃSKA

Nie przepadam za biografiami, a za autobiografiami to już w szczególności. Dlaczego więc wybrałam "Dziewczynę z Kamienia"? Po obejrzeniu wywiadu z Izabellą Cywińską przeprowadzonego przez dziewczyny z "Cappuccino z książką" i po przeczytaniu wywiadu z reżyserką w "Twoim Stylu" musiałam przeczytać historię twórczyni mojej ulubionej "Bożej podszewki" (kto nie wie, co to proszę zajrzeć tutaj - dodam tylko, że to jeden z nielicznych świetnych seriali wyemitowanych przez TVP ever). 
Wciągająca opowieść przez odkrywanie dzieciństwa w "krainie początku", czyli w lubelskim Kamieniu, przez niebezpieczeństwo wojny i "nowe życie", Kalisz, Teatr Nowy w Poznaniu, aż po "rządzenie" w wolnej Polsce, "Bożą podszewkę" i "Wiśniowy sad". 
Zaczynamy niczym u Mickiewicza, sielsko, anielsko, błogo. Pałacyk w Kamieniu na Lubelszczyźnie, kochająca się rodzina, beztroska. "Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Że nikt nam Mamy z tych chwil nie skradnie". Niestety, nadeszło "nie-bez-pie-czeń-stwo". "W domu zamęt, kłótnie, krzyki (...) Dramatyczna decyzja: uciekamy z Kamienia!". Zaczyna się "pociąg do nowego życia". W oderwaniu czy w ścisłym połączeniu z przeszłością? Wojna się skończyła, ale powrotów nie ma. Jest PRL. Dziecko staje się dziewczyną, dziewczyna kobietą. Pierwsze miłości, przyjaźnie, sport. Przygoda z etnografią, by odkryć w sobie reżyserski talent. Anegdoty ze studiów, umizgi ze strony nieznanego jeszcze Zbyszka Cybulskiego, pierwsze przesłuchania na UB, "nauki" u Adama Hanuszkiewicza. Teatr jeden, drugi, trzeci....ministrowanie u Mazowieckiego. Małżeństwo jedno, drugie. Wreszcie "Boża podszewka" i... kij w mrowisko. Rusza lawina oskarżeń. Za co? Jak to zwykle bywa - za prawdę. Co potem... potem to już z górki. Późny debiut filmowy ("Kochankowie z Marony") i Ateneum mon amour. Życie.
Biografia Cywińskiej to potężne tomiszcze, zresztą, jak na tak wspaniałe życie przystało. Autorka wpuszcza czytelnika w bardzo intymny świat, pisze o sprawach, które nie jeden wolałby ukryć przed światem. Spowiada się z życiowych niepowodzeń i błędów. Miejsca nie brakuje też dla innych interesujących postaci. 
Pisze w tak cudowny, ufny sposób, że nie sposób się oderwać. Chciała napisać o wszystkim, mnóstwo jest zatem dygresji, przeskoków w czasie, ale wszystko razem tworzy niesamowity klimat. Uroku dodają zdjęcia. 
Cywińska kończy swoją historię powrotem do teatralnych korzeni i "Wiśniowego sadu" wystawionego niedawno w Teatrze Nowym w Poznaniu. 

"Pisząc tę książkę, spacerowałam po moim wiśniowym sadzie wszerz i wzdłuż, a on był i sadem Stryjka (...) i sadem, jaki wyrósł z moich przedstawień. (...) Czy wygrałam tę wojnę z samą sobą, z pamięcią i niepamięcią? Nie da się przecież wrócić tam skąd się przyszło - do przeszłości. Można ją tylko opowiedzieć i opisać, ale to zawsze będzie tylko cień tamtego świata. (...) Czy warto było bić się o cień? A może trzeba było przegrać tę walkę? Choćby po to, żeby zrozumieć nieuchwytność tego, co się nam zdarzyło w życiu. (...) Jestem jak Raniewska na chwilę przed odjazdem. Więc warto było."

Prosto, szczerze, prawdziwie. Warto było.
Trzymajcie się ciepło :)

piątek, 15 stycznia 2016

"NIC BARDZIEJ MYLNEGO!" RADOSŁAW KOTARSKI

źródło
Niestety, ale będę jedną z nielicznych, której książka po prostu się nie podobała. Wypożyczyłam, bo akurat pojawiła się w nowościach w mojej bibliotece, poza tym "Nic bardziej mylnego!" bombardowało mnie już zewsząd od kilku tygodni. Od razu zaznaczę, że nigdy nie oglądałam programów autora książki, Radosława, przepraszam Radka, Kotarskiego, ani na youtube, ani w TVP. Nie z jakichś konkretnych powodów, po prostu nie oglądam youtube'a, bo czytam książki - serio:)
O czym zatem jest książka "Nic bardziej mylnego!"? Radek Kotarski wybrał 50 mitów popularnych w naszym społeczeństwie (z różnych dziedzin), typu: najwięcej ciepła ucieka przez głowę, żarówkę wynalazł Edison, womitoria w starożytnym Rzymie były pomieszczeniami przeznaczonymi do wymiotowania, myszy jedzą ser czy Napoleon był malutki.
Problem nie tkwi w sposobie napisania książki, w języku, stylistyce, itd. (chociaż w niektórych momentach miało być chyba zabawnie, a nie było). Problem tkwi w tym, że jest to książka napisana nie wiadomo po co. Taki już mój los, że lubię czytać książki, które coś wnoszą do mojego życia, nawet jeśli są to książki z natury swej "rozrywkowe", np. kryminały. Ta książka nie wniosła niestety nic. Podejrzewam, że jak większość blogerów, youtuberów, vlogerów, Radosław Kotarski, chciał wykorzystać, że jest na topie i napisał książkę. Nie widzę w tym nic złego, tego typu książek jest teraz mnóstwo na rynku. Wiem, że teoretycznie "Nic bardziej mylnego!" to książka popularyzująca wiedzę. Tylko, że nie wiem jaką wiedzę i czy faktycznie popularyzuje. Ja już kilka dni po przeczytaniu nie pamiętałam praktycznie nic. Może dlatego, że większość mitów znałam wcześniej i wiedziałam, że to powielane przez lata bzdury bądź stereotypy.
Wypożyczyłam, przeczytałam, nie spodobała mi się. 
Mnóstwo pozytywnych opinii znajdziecie m.in. tutaj. Może się jednak zdecydujecie przeczytać. Po krótkim zastanowieniu stwierdzam, że "Nic bardziej mylnego!" powinna być ciekawą rozrywką dla gimnazjalistów. 

Jeśli macie inną opinię, koniecznie się podzielcie. Miłego popołudnia :)

środa, 13 stycznia 2016

PASZPORTY "POLITYKI" 2015 ROZDANE - ŁUKASZ ORBITOWSKI "INNA DUSZA" + EWELINA MARCINIAK

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/223796/inna-dusza
Kolejne Paszporty "Polityki" rozdane. Dla mnie najważniejsza była oczywiście kategoria Literatura. Niemniej jednak duże zainteresowanie budził również Teatr. I może od teatru zacznę. Paszport powędrował bowiem do Eweliny Marciniak, reżyserki głośnego spektaklu "Śmierć i dziewczyna", wystawianego w Teatrze Polskim we Wrocławiu (premiera miała miejsce w listopadzie 2015 r.). Spektakl powstał na podstawie utworów znanej austriackiej pisarki, laureatki literackiej Nagrody Nobla - Elfriede Jelinek. Pewne środowiska łącznie z nowym ministrem kultury rozpętały wokół spektaklu burzę, nie podejmując nawet próby jego obejrzenia. Cieszę się, że "Polityka" nagrodziła właśnie Marciniak, bo wykonuje świetną robotę dla polskiej kultury (wyreżyserowała także adaptację "Morfiny" Szczepana Twardocha w Teatrze Śląskim w Katowicach- bardzo żałuję, że nie mogłam zobaczyć). Zamiast mojego komentarza przeczytajcie koniecznie wywiad z laureatką Paszportu w Wysokich Obcasach, który znajdziecie tutaj. 
ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA - plakat | proj. graf. Natalia Kabanow
Plakat- (źródło) - proj. graf. Natalia Kabanow
A teraz przejdźmy do Łukasza Orbitowskiego, laureata w dziedzinie literatury. Pisarz otrzymał Paszport za "Inną duszę", więc nie mogę już dłużej odwlekać recenzji. Oto i ona.:)

Połowa lat 90. XX wieku. Któż z dorastających w tamtych czasach nie ma pamięta Coccolino, pierwszych dezodorantów Rexona, reklam piwa EB czy soku Kubuś. W tle słychać Ace of Base i Dr. Albana, w kinie wyświetlają "Jumanji". Kwitnie domorosły kapitalizm. Mimo to wielu tęskni za czasami żelaznej kurtyny, gdzie wszyscy mieli po równo. Zbyt wielu żyje w tak samo wyglądających, niszczejących osiedlach z wielkiej płyty, a rano marzy, żeby wygrzebać skądś parę groszy na piwo Specjał. W takim klimacie, w Bydgoszczy dorastają Jędrek, Krzysiek i Darek. Pozornie tworzą paczkę przyjaciół, jeden imponuje drugiemu, a tak naprawdę już rozpoczynają rywalizację. Czy w którymś z nich już kiełkuje zło? W którym z nich rodzi się "inna dusza"? Którego z nich przyjmie nowa rzeczywistość, a kto zostanie wykluczony?

Łukasz Orbitowski snuje swoją opowieść w oparciu o prawdziwe wydarzenia. Sama zbrodnia, a właściwie zbrodnie nie stanowią jednak centrum książki. W oparciu o wątek kryminalny, Orbitowski tworzy diagnozę społeczeństwa z okresu transformacji ustrojowej. Co prawda przez pierwsze sto stron nie bardzo wiedziałam, gdzie autor dąży i strasznie mi się to czytanie dłużyło (nie czytałam wcześnie żadnych recenzji, więc nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać), ale cieszę się, że dotrwałam, bo "Inna dusza" to książka pod wieloma względami bardzo wartościowa. Analiza społeczeństwa i polskiej rzeczywistości, która nie dla wszystkich okazała się kolorowa została ubrana w ramy bardzo realistyczne (prosty język, bez metafor, ozdobników), a mimo to po przeczytaniu miałam wrażenie, że "Inna dusza" jest jednak "poetycka" (wiem, brzmi tandetnie, ale naprawdę takie było moje wrażenie). 
Przeczytałam, gdzieś, że Orbitowski nie oddał klimatu Bydgoszczy z tamtego okresu czy też, że nie stworzył portretu psychologicznego mordercy. Ja myślę, że nie o to chodziło. Orbitowski stworzył obraz Polski tuż po 89 roku, który zna większość Polaków, jeśli nie z własnego doświadczenia, to na pewno z sąsiedztwa. To, że niektórzy stworzyli mit, że skoro dano nam wolność to wszystko było cudne, to już inna kwestia (i nie mam zamiaru się w to teraz wgłębiać). Poza tym większość czytelników skupia się na mordercy, a dla mnie głównym bohaterem książki jest Krzysiek. Dorasta w beznadziei, z ojcem pijakiem, bezsilną matką, która nie potrafi odejść, bo "co ludzie powiedzą". Stara się wyjść poza schemat, ale pewnie jest bez szans na lepsze życie. Ile takich historii znacie? A najgorsze jest to, że nawet, gdy osiąga sukces (w pojęciu zawodowo-finansowym) to i tak nie może oderwać się od swojej przeszłości. Kropka. Polecam :) 

A Wy jak tam? Przeczytaliście już "Inną duszę"? Jakie książki przywitały Was w Nowym Roku? Bo mnie niestety Kodeks karny i "Egzaminy Prawnicze Ministerstwa Sprawiedliwości" :(

P.S. Zapomniałam dodać o bardzo nostalgicznym elemencie książki (nostalgicznym przynajmniej dla mnie) - tytuły rozdziałów to tytuły polskich piosenek z tamtych lat. Kasia Kowalska, Natalia Kukulska, Varius Manx, O.N.A., Kult ...ach... "Ja wysiadam" :) 

czwartek, 17 grudnia 2015

ROZMOWY PRZY ŚWIĄTECZNYM STOLE - JAK ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH, KTORYCH SIĘ NIE CZYTAŁO?!

Jakiś czas temu wspominałam o książce francuskiego literaturoznawcy Pierre'a Bayarda pt. "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?"
Nie jest to lektura ani specjalnie odkrywcza, ani fascynująca. Zwraca uwagę na problem nie-czytania, a nie nieczytania w ogóle. Czytelnikiem Bayarda może być tylko ktoś kto jest z literaturą obyty. Osoba nie czytająca nic poza notkami w internecie raczej nie zrozumie książki i intencji autora (który w zasadzie kpi z tematu, jaki poruszył). Bayard próbuje po prostu uświadomić nam, że wartościowych lektur jest na całym świecie tyle, że nikt tego nie ogarnie. A żeby dana książka stała się dla nas ważna, nie zawsze potrzebne jest jej przeczytanie. Czasem wystarczy przekartkować, poprzeglądać, poczytać recenzje, posłuchać znajomego. Czasem zdarza się też tak, że książkę faktycznie przeczytaliście, a po paru latach, czy nawet miesiącach trudno Wam powiedzieć coś więcej niż jedno zdanie. Ile razy zdarzyło Wam się na spotkaniach towarzyskich rozmawiać o książkach, o których Wasze pojęcie jest znikome? Mi parę razy. Ale zawsze były to książki, o których "coś" wiedziałam. Znałam autora, już czytałam jego książki, znałam główny temat danej lektury, przeczytałam recenzję albo po prostu znałam kontekst społeczny czy kulturowy książki. Przeprowadzałam więc niekiedy burzliwe rozmowy na temat książki, której nie przeczytałam. Przyznaję się. Tylko, że czasem okazywało się, że ja lepiej poznałam książkę niż jej faktyczny czytelnik. Dlaczego? Zdaniem Bayarda, czytamy książki przez pryzmat naszego doświadczenia życiowego i tworzymy "swój" obraz danej książki (nawet jeśli jej nie przeczytaliśmy). A Wy jak tam? Udajecie czasem, że przeczytaliście jakąś książkę?
Podsumowaniem książki powinno być w zasadzie stwierdzenie, że co do zasady należy czytać. Czytać dużo. Do książki Bayarda należy zaś podejść z dystansem i nie trzeba jej czytać od deski do deski, można przekartkować:)
To jak? Będziecie rozmawiać przy świątecznym stole o książkach? Czy stereotypowo pokłócicie się o politykę? 
Zróbcie sobie kawę, zjedzcie parę pierników i zastanówcie o czym chcielibyście porozmawiać przy wigilijnym stole, a 24 grudnia...po prostu porozmawiajcie:)

środa, 16 grudnia 2015

"TAJEMNICA DOMU HELCLÓW" MARYLI SZYMICZKOWEJ


Pogoda październikowo-listopadowa, więc i książka w tym klimacie. Bo w książce Maryli Szymiczkowej (postać fikcyjna wymyślona przez Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego) najistotniejszą rolę pełni nie intryga, nie samozwańczy detektyw w sukni, tylko XIX-wieczny Kraków (właściwie Kraków u schyłku kolejnego stulecia). I to Kraków zamglony, nieustannie przestraszony deszczem, który ma nadejść. Nie żartuję - z punktu widzenia głównej bohaterki deszcz ma ważkie znaczenie. Jeżeli się rozpada, trzeba będzie zapłacić za kurs fiakrem, a tak można zaoszczędzić parę drobnych.
A co słychać w Krakowie 1893 r. Otwarcie teatru miejskiego, problem wodociągów i kanalizacji, cholera na rogatkach, śmierć i pogrzeb mistrza Matejki, damy prześcigające się w działalności charytatywnej, nieustanne poszukiwania dobrej służącej (która posiada wiedzę, iż frędzle dywanu czesze się widelcem), spotkania "towarzyskie" na sumie w Mariackim... Wyczuwamy już krakowski spleen...
Sama bohaterka, Zofia Szczupaczyńska - przed czterdziestką (a więc na tamte czasy raczej starsza pani) mentalnością niczym pani Dulska, irytująca w swoim usposobieniu, z prowincjonalnymi kompleksami (pochodzi bowiem z Przemyśla) pragnie zająć najwyższe miejsce na podium mieszczańskiej socjety XIX-wiecznego Krakowa. Nie może mieć dzieci, więc "poświęca się" swojemu mężowi i dba o ognisko domowe i towarzyskie oczywiście. Małżeństwo Szczupaczyńskich ujęte zostało bardzo stereotypowo (taki zamysł, a może tak autorom po prostu wyszło?): ona raczej infantylna, wścibska i drobnomieszczańska, jedyne co się liczy to pozycja na mieście, on dobroduszny, dojrzały, inteligentny, niedbający o zaszczyty. 
Bohaterowie drugoplanowi razem z Zofią tworzą prawdziwy galicyjsko-polski kocioł, ze służącą Franciszką i siostrą Alojzą na czele, kończąc na... sprawcy. 
Fabuła? Znika podopieczna Domu Helclów, placówki opiekuńczej ufundowanej w testamencie przez bogate małżeństwo Helclów (w Krakowie faktycznie istnieje od końca XIX wieku Dom Ubogich imienia fundatorów, czyli Ludwika i Anny Helclów). W odnalezieniu jej, niestety martwej, pomaga Szczupaczyńska, która do Domu Helclów zawita z prywatnym interesem. Dalej mamy drugiego trupa, znika trzecia podopieczna. Co tu się do diabła dzieje? Krakowska policja szybko zamyka sprawę, na szczęście jest Szczupaczyńska, która odkrywa w sobie gen detektywa. I rusza na łowy...
Zgodnie z zapowiedziami "Tajemnica domu Helclów" to pastisz literatury z epoki. Pastisz na pewno, ale nie literatury, a raczej epoki. 
Czytało się sympatycznie, wciąż czuję w kościach aurę Krakowa, a chyba o to chodziło. Nie spodziewajcie się, że intryga nieustannie trzyma w napięciu, bo to nie jest typowy kryminał. Tym bardziej, że cel znalezienia sprawcy wiąże się jeszcze u naszej Szczupaczyńskiej z profitami innego rodzaju. Po ujawnieniu sprawcy i przywróceniu dobrego imienia Domowi Helclów, Zofia otrzyma upragnione fanty na loterię i zorganizuje niezapomniany bal charytatywny. Podążając za panią detektyw, ruszamy zatem na spacer po krakowskiej duszy. 
O czym jest zatem "Tajemnica domu Helclów"? Po prostu. O Krakowie. 

Miłego popołudnia :)

środa, 25 listopada 2015

"W IMIĘ DZIECKA" Ian McEwan

Wśród nowości książkowych 2015 roku znajduje się nowa powieść Iana McEwan'a, autora m.in. "Pokuty" (jeżeli ktoś nie zna książki to na pewno widział film z Keirą Knightley w roli głównej). Mam mały problem z polskim tytułem - "W imię dziecka", który co do zasady współgra z treścią książki, jednak tytuł oryginalny - "The Children Act" - dobitniej ukazuje rozdźwięk pomiędzy prawem, a rzeczywistym dobrem dziecka, który to rozdźwięk często widać na salach sądowych wielu państw. "The Children Act" (taki tytuł nosi brytyjska ustawa dotycząca procedowania wobec dzieci) odnosi się bowiem głównie do prawa, które z zasady powinno być sprawiedliwe i słuszne.
Powody powstania powieści sam autor przedstawił w artykule napisanym dla "The Guardian". Można się z niego dowiedzieć, że główny wątek został zaczerpnięty z prawdziwego życia. Zaczęło się kilka lat wcześniej, gdy na pewnej kolacji miał przyjemność spotkania sporej grupy sędziów. Jakiś czas później jeden z nich opowiedział pisarzowi historię sprawy, którą prowadził. Dotyczyła ona wydania zgody na transfuzję krwi nastolatkowi, który był świadkiem Jehowy wbrew sprzeciwom jego i jego rodziców. Ta sprawa stała się bezpośrednio przyczyną powstania nowej powieści. McEwan biorąc na warsztat kwestie prawne postanowił zastanowić się nad dysonansem pomiędzy religią i miłością oraz sporem świeckiego ducha prawa z prawdziwą, szczerze wyznawaną wiarą.

Główną bohaterką pisarz uczynił Fionę Maye, 59-letnią sędzinę orzekającą w wydziale rodzinnym - dla ulicznego obserwatora prawdziwą kobietę sukcesu oraz ikonę perfekcjonizmu. W życiu osobistym przyszło jej się zmierzyć z małżeńskim kryzysem wywołanym niewiernością i nielojalnością męża. Mąż oświadcza bowiem, że bardzo ją kocha, ale ma zamiar, oczywiście za jej zgodą (cudownie!), przeżyć gorący romans. Najlepszy sposób na problemy osobiste to rzucić się w wir pracy. Na wokandzie pojawia się tymczasem skomplikowana etycznie sprawa. Problem dotyczy wydania zgody na transfuzję prawie pełnoletniego Adama, świadka Jehowy. Śmierć kontra życie? Wyrok zdaje się być oczywisty. Niespodziewanie jednak po wysłuchaniu stron procesu, Fiona postanawia spotkać się z Adamem i osobiście ocenić na ile jego zgoda na pewną śmierć jest przemyślana. W szpitalu dokonuje się mała rewolucja i to zarówno po stronie Adama, jak i Fiony. Fiona wydaje wyrok. Do czego to doprowadzi? Zapraszam do lektury :)

Jaka jest nowa książka Iana McEwana? Nieprzegadana. Mała objętościowo, ale bardzo wartościowa i aktualna pod kątem poruszanego tematu. Spokojna, radosna, wzruszająca - chyba nie do końca, ale zdecydowanie liryczna. Zabawna w bardzo subtelny sposób. Przepięknie napisana (brawa dla tłumacza), przepięknie wydana (brawa dla wydawcy). Prawdziwa przyjemność czytania.
Autor pokazuje, że w zderzeniu "prawdziwe życie vs. prawo" nie ma podziału na czarne i białe, a czasem nawet białe nie jest do końca białe - nawiązując do słów pewnego "klasyka":). Wyroki sędziów orzekających w szeroko pojętych sprawach rodzinnych dotyczących dzieci często opierają się nie na dobru dziecka, tylko na wyborze mniejszego zła. Nie zawsze można przewidzieć konsekwencji danego wyroku. Pisarz pokazał przy tym, że każdy sędzia w swoim życiu prywatnym mierzy się z różnymi przeciwnościami losu, a tu nagle powinien mieć nadzwyczaj jasny umysł i orzec w jak najbardziej sprawiedliwy sposób. Nie może jednak wyprzedzić wydarzeń, które nastąpią po wydaniu wyroku.
Recenzent "The Washington Post" Ron Charles swój artykuł dotyczący książki zatytułował mniej więcej tak (w moim wolnym tłumaczeniu) - "W imię dziecka" Iana McEwana stawia przed sądem wiarę Świadków Jehowy. Już się wystraszyłam widząc w głowie oskarżenia pod adresem pisarza. Na szczęście okazało się, że Charles całkiem zgrabnie podsumował książkę. Najbardziej podobała mi się jego puenta z przytoczeniem fragmentu wiersza Emily Dickinson - "The Truth must dazzle gradually, Or every man be blind". I z taką refleksją na dziś Was zostawiam. 

Miłego popołudnia :)

piątek, 20 listopada 2015

"LOVE x STYLE x LIFE" Garance Doré - MUST HAVE???



Garance Doré to czołowa francuska (pochodzi z Korsyki) ilustratorka (fotografować też potrafi), prowadząca bloga modowo-lifestyle'owego. Poczytuję go od czasu do czasu, głównie ze względu na świetną estetykę, piękne zdjęcia, dowcipny styl pisania. O tym, że ktoś taki w ogóle istnieje, dowiedziałam się przeglądając blog Scotta Schumanna - znanego, jako The Sartorialist (swoją drogą jej byłego partnera). Garance cenię za niewymuszony, francuski szyk i to, że zawsze wygląda świetnie (nawet w pozornie niedbale dobranych ciuchach). I tyle. 


Aż tu nagle modowym (i blogerskim) światem zatrzęsła wiadomość, że jedna z najsłynniejszych światowych blogerek napisała książkę o "wiele-mówiącym" tytule "Love, Style, Life". Chociaż zaznaczam, że "napisała" to stanowczo za duże słowo. Wiem, że się narażam, ale muszę to napisać. Ta książka nie jest o stylu, nie jest o życiu i nie jest o miłości. Tak naprawdę to zbiór blogerskich postów plus zdjęcia i ilustracje, które w większości widziałam wcześniej. Książka jest taką jakby biografią Garance z fragmentami o życiu w NY, o różnicach życia w Paryżu i NY, o elementach francuskiego stylu z poradami miłosnymi i quasimotywacyjnymi w gratisie. Wielkie motta na stronę albo dwie w stylu "Każdy zasługuje na szacunek i na "cześć, co słychać?", "Zresztą i tak wszyscy wyglądamy lepiej kiedy się uśmiechamy" albo "Nikt idealny nie jest fajny, a nikt fajny nie jest idealny" - na dokładkę. 
Ale po kolei. Na pierwszych stronach mamy życiorys Garance w pigułce, po czym płynnie przechodzimy do pytań, które pomogą na odpowiedzieć, jak odnaleźć własny styl. Parę stron o sekretach Francuzek, o Zarze (OMG!), garderobianych must-have'ach. Potem porady dotyczące imprezowania, nowojorskiego i paryskiego stylu życia i takie tam. No i wreszcie mamy LOVE. Czyli, jak odróżnić przyjaciółkę od koleżanki plus faceci Garance w telegraficznym skrócie, łącznie z informacjami, których pewnie oni nie chcieliby przeczytać. No i sorry, ale Twoja miłosna historia niestety nie urzekła mnie, Garance. Sorry, sorry, sorry, ale część o "miłości" jest napisana tak infantylnie, że miałam wrażenie, że czytam pamiętnik nastolatki.
Teraz jakieś pozytywne strony "Love, Style, Life": estetycznie - piątka z plusem, ładna okładka, ładny papier, graficznie - super. Także ten... to wszystko.



PODSUMOWUJĄC:
Blog - tak. Fotografowanie - tak. Ilustrowanie - zdecydowanie tak. Książka - nie. Wiem, że dla wielu wyznawczyń książka Garance będzie hitem dekady. U mnie nie znajdzie się nawet w pierwszej dziesiątce tego roku. Żalu nie mam, bo nie spodziewałam się czegoś szczególnego. Tyle tylko, że w przypadku książki za 54,90 zł wypada podnieść poprzeczkę. A tu mamy po prostu blog Garance w pigułce (i to w gorszej wersji). Nie mówię, że to źle, ja po prostu nieodpowiednio zainwestowałam pieniądze, kupując "Love, Style, Life" (a i tak kupiłam ją z 30 % rabatem). Chciałam ładnie wydaną książkę to mam - tylko tyle. A o francuskim szyku nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie wiedziała. 
No to koniec tych "ochów" i "achów" :)
Polecam książkę, jako ładny prezent mikołajkowo-gwiazdkowy - dla fanów (albo raczej wyznawców) Garance, którzy nie lubią tekstu przekraczającego sto stron albo dla nastolatek :)

Udanego weekendu!  

wtorek, 17 listopada 2015

KRYMINAŁ PART X "MGŁA" KAI MALANOWSKIEJ

Tuż przed premierą książki (w sierpniu tego roku) o Kai Malanowskiej i jej "Mgle" było bardzo gorąco. Nie tyle z powodu jej twórczości, co z powodu stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które pisarka uzyskała na napisanie książki. Główne zarzuty skupiały się na tym, że Malanowska otrzymała stypendium na nic nie wnoszącą do naszego dziedzictwa książkę z gatunku komercyjnych. Poza tym pojawiły się głosy, że stypendium dostała dlatego, że poskarżyła się na fb, że za 16-miesięczną pracę nad książką zarobiła 6.800 zł. Już wtedy została ostro skrytykowana przez środowisko i różnych anonimowych znawców tematów wszelakich. 
Co do stypendium: nie wiem, jakie są kryteria, ale podejrzewam, że po prostu pisarka napisała bardzo dobry wniosek o stypendium i dlatego je dostała. Tak to bywa z tego typu wnioskami. Kto chce może takowy złożyć. Zresztą skąd szanowna komisja (czy kto tam decyduje o kasie) ma wiedzieć, że jakaś książka będzie dobra, zła, przeciętna czy wybitna. No nie wie i tyle. Na tym wszelkie komentarze powinny zostać zakończone. Trochę tylko smutno, bo wcześniejsza twórczość Malanowskiej ("Patrz na mnie, Klaro!", "Imigracje") zasługuje co najmniej na pochwałę. A jej najnowsza propozycja, "Mgła", to całkiem przyzwoity kryminał na dwa jesienne wieczory. Do rzeczy więc...
Warszawa-Mokotów. Zamordowana Zofia, lat dwadzieścia siedem. Spokojna, ambitna, pracowita. Kto więc zabił taki ideał przeciętności? Im dalej w las, tym więcej drzew. Przelotny kochanek, były narzeczony, sprzątaczka z Czeczeni? Motyw? Rabunek, miłość, zazdrość? Komisarz Marcin Sawicki dostaje do pomocy nowy nabytek warszawskiej policji - Adelę Rochniewicz. Nieszczególnie się cieszy, stopniowo okazuje się jednak, że nie miał racji. Śledztwo trwa. Intryga, jak intryga. Standardowo. Konsekwentna i dosyć spójna całość. Czyli tak, jak powinno być. Żadnych rewelacji, ale poprawnie. Czyta się szybko, nie nudzi. Główna bohaterka obowiązkowo z jakąś "straszną" tajemnicą, a jej "partner" z problemami rodzinnymi - ujdzie. Plus za poruszenie tematu imigrantów i uchodźców w naszym kraju (tu akurat Gruzinów i Czeczenów), który akurat w świetle ostatnich wydarzeń w Polsce i na świecie ma duże znaczenie. Temat tolerancji, czy też raczej nietolerancji wywołuje obecnie wiele emocji. Malanowska pokazała nam pewne krótko- i długofalowe skutki właśnie nietolerancji i braku pomocy tym najbardziej potrzebującym. Czasem dla dobra rzekomej większości nie warto ryzykować tragedii pojedynczego człowieka.

Podsumowując: polecam "Mgłę" na długie jesienne wieczory, jako po prostu dobry kryminał.
Dobranoc :)

niedziela, 15 listopada 2015

"POLSKIE MORDERCZYNIE" KATARZYNA BONDA

"Polskie morderczynie" to książka dokumentalna autorstwa Katarzyny Bondy. Po raz pierwszy została wydana w 2008 r., w tym roku wydanie poszerzono o informacje dotyczące dalszych losów kobiet opisanych w książce. Uwielbiam kryminały Bondy, ale do tej pozycji jakoś długo nie mogłam się przekonać. Przekonało mnie ładne wydanie i ciekawość, co tam dalej dzieje się z najsłynniejszymi polskimi zbrodniarkami. 
"Polskie morderczynie" to historie: Natalii, Janiny, Moniki, Katarzyny, Mirosławy, Moniki, Elżbiety, Ewy, Anety, Beaty, Wioletty, Małgorzaty, Ireny, Krystyny. 
Bonda w pierwszej kolejności oddała głos kobietom skazanym za zbrodnie z art. 148 k.k. Druga część każdego rozdziału zawiera streszczenie akt sądowych. Mamy więc możliwość porównania wersji wydarzeń przedstawionej przez każdą ze skazanych z ustaleniami policji, prokuratury i sądów. Pisarka udowadnia, że nie każda historia opisywana przez media jest czarno-biała (a wszyscy wiemy, że przestępstwa popełniane przez kobiety są szczególnie uwielbiane przez dziennikarzy, męskie zbrodnie już nam za bardzo spowszedniały). Nie można przyjąć tutaj systemu zerojedynkowego. Jedno jest pewne, każda z kobiet opisanych w książce popełniła zbrodnię zabójstwa. Reszta to jedna wielka niewiadoma... Zwłaszcza, że w wielu sprawach nawet sądy miały spore wątpliwości. Najbardziej zainteresowała mnie historia kobiety, która została skazana na podstawie zeznań jednej osoby, z tym że najpierw została skazana, następnie uniewinniona (w ramach ponownego rozpatrzenia sprawy), aby ostatecznie znowu zostać skazaną i pójść do więzienia. Kobieta ta ma rodzinę, dzieci, życie osobiste. Pojawia się pytanie, nawet jeśli popełniła najgorsze przestępstwo z możliwych, czy ten czas oczekiwania na skazanie, ciągły strach o to czy pójdę do więzienia, co z moimi dziećmi, co będzie, gdy wyjdę, nie jest przypadkiem już częściową karą dla takiej osoby. Ja nie oceniam. Polski wymiar sprawiedliwości zrobił swoje, a resztę zrobi sumienie każdej z nich.  
Ostatnia część książki to rozmowy z profilerem policyjnym Bogdanem Lachem, seksuologiem Zbigniewem Lwem-Starowiczem i dyrektorem Zakładu Karnego Lidią Olejnik. Biorąc pod uwagę opowieści "polskich morderczyń" i przeprowadzone wywiady ze znawcami tematu, dla mnie na pierwszy plan wysuwa się wniosek, że kobiety, które zabiły są bardzo "męskie", tzn. cechują się takimi właściwościami osobowości przypisywanymi stereotypowo mężczyznom. Są przebojowe, twarde, władcze, często były wychowywane, jak "mali chłopcy". Tylko wtedy równie dobrze można byłoby uznać, że każda pani prezes, dyrektor czy kierownik, która musiała przejść ciężką drogę, żeby znaleźć się na swoim stanowisku jest potencjalną morderczynią. A tu już pojawiłoby się niebezpieczne uogólnienie. Książkę polecam, głównie dlatego, że Bonda nie ocenia, nie wydaje wyroków, słucha i próbuje zrozumieć.

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich dni życzę wszystkim Francuzom wytrwałości i odwagi. A nam wszystkim przede wszystkim spokoju oraz zdolności nieuogólniania i nieupraszczania. Nigdy nie wiesz, jak potoczy się Twoje życie. 

Udanego niedzielnego wieczoru:) Do napisania:) 

piątek, 30 października 2015

"ZABIĆ DROZDA" HARPER LEE - KSIĄŻKI, DO KTÓRYCH WRACAMY

 "Zabić drozda" została wydana w 1960 r., a rok później Harper Lee otrzymała za nią Nagrodę Pulitzera. Wpływ na to, że powieść zyskała uznanie krytyków miał w dużej mierze poruszany w książce temat segregacji rasowej, która w południowych stanach USA miała się w tamtym okresie bardzo dobrze (miejsca w autobusie tylko dla białych, restauracje tylko dla białych, toalety publiczne tylko dla białych). Zmianę w tej kwestii przyniósł dopiero rok 1964, gdy prezydent Johnson podpisał ustawę o prawie do głosowania oraz ustawę o prawach obywatelskich (tak na marginesie: ciekawie ten okres w historii USA przedstawił Ken Follet w ostatnim tomie trylogii Stulecie "Krawędź wieczności"). 

W latach 30., w Maycomb (Alabama) wrogość i nietolerancja wobec Afroamerykanów trwa w najlepsze. Oczami i uszami w książce jest kilkuletnia Jean Louise Finch, znana bliżej, jako Smyk (w oryginale: Scout). Jej ojciec, Atticus, jest adwokatem i pewnego dnia zostaje wyznaczony na obrońcę niesłusznie oskarżonego o gwałt czarnoskórego Toma Robinsona. W zacofanej, prowincjonalnej świadomości mieszkańców miasteczka nie mieści się, że Atticus ma zamiar "naprawdę" bronić Toma (i to zarówno słowem, jak i własnym ciałem). Z naiwnego, dziecinnego punktu widzenia Smyka obserwujemy, co dzieje się w głowach tych rzekomo cywilizowanych ludzi. Harper Lee stworzyła zabawną, miejscami ironiczną, ale na pewno brutalnie szczerą opowieść o istotnych kwestiach społecznych, takich jak rasa, płeć, równouprawnienie, a także niesprawiedliwość systemu prawnego USA.
Najlepszym podsumowaniem książki jest rozmowa pomiędzy Jean a jej starszym bratem Jemem (który niestety wie już, co to ludzka nienawiść, pogarda i ignorancja):
Jean: "Jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie."
Jem: "Też tak myślałem, ale dlaczego jeżeli jest tylko jeden rodzaj ludzi, nie ma między ludźmi zgody? (...)". Ja nie potrafię odpowiedzieć, a Wy? Wszyscy jesteśmy ludźmi.

Miłego weekendu! Do napisania :)

P.S. 4 listopada premiera książki Harper Lee "Idź, postaw wartownika" ("Go, set a watchman"). Została ona napisana w latach 50., a zatem przed "Zabić drozda", mimo to nie została nigdy wydana. Myślę, że może nadać nowe znaczenie wydarzeniom przedstawionym w "Zabić drozda". 


wtorek, 22 września 2015

"GDY ZNIKNĘŁY GOŁĘBIE" SOFI OKSANEN


Z prozą fińskiej pisarki Sofi Oksanen spotkałam się po raz pierwszy. Książkę wypożyczyłam po zobaczeniu w tv minuty rozmowy z autorką książki "Gdy zniknęły gołębie". Poza tym zachwyciła mnie estetyka okładki. Zasłonięta twarz w powiązaniu z tematem, jakim zajmuje się Oksanen (totalitaryzm a człowiek) wskazała, że będzie to mocna literatura. Na książce się nie zawiodłam, jest to naprawdę proza z wysokiej półki. Podejrzewam, że tłumaczenie też miało w tym swój udział. Oczywiście przy tak trudnym i skomplikowanym motywie przewodnim miałam chwilę zwątpienia przy czytaniu, ale na szczęście wystarczyło przebrnąć przez parę mało ciekawych stron i znowu było interesująco.
Rzecz dzieje się w Estonii (matka Oksanen jest Estonką, więc pewnie ma to coś wspólnego). Autorka przeplata historie czwórki młodych ludzi (kuzynów Edgara i Rolanda, żony Edgara Juudit, a także narzeczonej Rolanda) z czasów okupacji sowieckiej, hitlerowskiej i znowu sowieckiej. Tak na marginesie tylko przypomnę, że Estonia od rozpoczęcia II wojny światowej do czerwca 1941 r. znajdowała się w radzieckiej strefie wpływów, później do Estonii wkroczyli Niemcy, a od 1944 r. ponownie Sowieci. 
Oksanen pokazuje skrajnie różne postawy wobec śmierci, okrucieństwa, ludzkiej podłości. Roland wierzy w ideały, walczy z Sowietami i nazistami, pomaga bezbronnym, żyje nadzieją na lepsze czasy. Juudit wierzy w miłość, którą odnajduje nie przy mężu, a przy niemieckim oficerze, wydając na siebie wyrok, jeżeli nie śmierci to na pewno wykluczenia ze społeczeństwa. Jednocześnie stara się przynajmniej w minimalnym stopniu pomóc innym. Edgar to typowy przykład dwulicowego konformisty. Do życia podchodzi pragmatycznie do granic możliwości, nie liczy się z nikim, żeby przeżyć potrafi zniszczyć każdego.
W szerokim kadrze można zobaczyć Estonię w szponach hitleryzmu i stalinizmu, jednak gdy podejdziemy bliżej możemy zobaczyć, jak różne mogą być postawy wobec zła. Zło każdy może zdefiniować inaczej. Do zła można się przystosować, można je obejść, udawać, że go nie ma, przyzwyczaić się lub walczyć. "Gdy zniknęły gołębie" to epicko opowiedziana rzecz o tym, czy lepiej być konformistą, czy może podjąć ryzyko buntu. Jest to również opowieść o miłości, bólu rozstania, śmierci... Nie ma tu "...i żyli długo i szczęśliwie". Oksanen nie opowiada bajek tylko opisuje prawdziwe życie, ze wszystkimi jego konsekwencjami. W tym sensie jej proza przypomina mi w pewnym stopniu książki Herty Muller, która rozprawia się z tematem socjalistycznej Rumuni.
Narracja w książce prowadzona jest kilkutorowo, abyśmy mogli poznać punkt widzenia wszystkich bohaterów. Oksanen zrobiła to w bardzo subtelny sposób, "przejścia" pomiędzy narratorami są ledwo wyczuwalne. Duże brawa dla tłumacza. Ogromne znaczenie miał tutaj nastrój książki, a tłumacze często gdzieś gubią i zapominają, że atmosfera jest czasem ważniejsza od słów. 
Gdybym miała skomentować książkę jednym zdaniem, napisałabym, że w "Gdy zniknęły gołębie" Oksanen pięknie opowiedziała smutek. Czytając, cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy "Sońkę" Karpowicza (o której pisałam tutaj) oraz właśnie prozę Muller. 
Miłego wieczoru:)

czwartek, 17 września 2015

"SZUM" MAGDALENA TULLI - FINAŁ NAGRODY NIKE 2015

Z twórczością Magdaleny Tulli spotkałam się po raz pierwszy. Pierwsze spotkanie, a już bardzo udane. O książce słyszałam dobrych kilka miesięcy temu, ale nie mogłam się za nią zabrać. Potem okazało się, że pisarka została po raz kolejny nominowana do Nagrody Nike. Wtedy nie mogłam się już wymigać. Do czytania zabierałam się długo, a przeczytałam w niespełna dwie godziny. Dawno nie miałam do czynienia z prozą takiego formatu, pisarka lekko prowadzi czytelnika przez niełatwy temat. Jest miejsce na tragizm, na liryzm, na dystans i na humor. Mimo tego, że w cieniu ukrywają się krzywdy i tajemnice. 

O czym jest "Szum"? O życiu. O życiu rodziny. Rodziny stworzonej przez kobietę z traumatycznymi wojennymi wspomnieniami i włoskiego antyklerykała. Rodziny, która skrywa tajemnicę. Tajemnicę, która zżera tę rodzinę od środka. Jest też o małej dziewczynce. Dziewczynce, której się wmawia, że nie spełnia oczekiwań, bo nie potrafi zachowywać się jak "normalny" człowiek. Każde spotkanie rodzinne kończy się więc sądem nad niesfornym dzieckiem. Dzieckiem, które pragnie być tylko kochane i akceptowane. Niestety wojenne przeżycia matki sprawiły, że nie potrafi ona obdarzyć swojego jedynego dziecka uczuciem. Jedynym pragnieniem matki jest oderwanie się od przeszłości i bycie "normalnym". Szkoda tylko, że kosztem córki.
Tulli w cudowny sposób połączyła smutną codzienność dziewczynki z jej światem wewnętrznym. Aby niejako ochronić siebie i zmniejszyć poczucie krzywdy, które z każdym dniem pęcznieje, dziewczynka kreuje swój własny świat, do którego nikt nie ma dostępu. Przyjacielem, nauczycielem i przewodnikiem po "życiu" staje się lisek, a na straży pamięci stoi esesman. Dziewczynka dorasta, próbuje wyrwać się z toksycznego środowiska. To niestety nie udaje się całkowicie. Jako dorosła już kobieta próbuje zrozumieć matkę, poszukuje prawdy o sobie i swojej rodzinie. Matka umiera, ciotka umiera. Nie ma już świadków, nie ma kogo zapytać. Nie ma jak przerwać zmowy milczenia. Ona znajduje jednak sposób. Można do zmarłych...zadzwonić.
"Szum" to książka autobiograficzna. Temat bardzo osobisty został jednak ujęty w uniwersalne ramy. Krzywda małej dziewczynki okazuje się być krzywdą wielu, być może całego pokolenia. Pisarka nie nadała małej bohaterce imienia. Niektórzy mogą jej zarzucić, że odebrała jej pewien przymiot człowieczeństwa. Ja jednak odebrałam to inaczej. Mam wrażenie, że autorka pragnęła ująć historię dziewczynki globalnie. Może chciała też w jakiś sposób ochronić siebie i pamięć swojej rodziny. 
Powtórzę pytanie: o czym jest "Szum"? O nadziei, że wybaczenie może przynieść ukojenie.

Spokojnego wieczoru:)

sobota, 12 września 2015

DAVID LAGERCRANTZ "CO NAS NIE ZABIJE" - RECENZJA

Nie wiem od czego zacząć. Naprawdę.
Może na początek mały rys historyczny, bo nie mam pojęcia, co napisać o książce i muszę się trochę zastanowić.
Książka powstała w atmosferze niezłego skandalu. Oczywiście w Polsce jakoś specjalnie nikt się nie podniecał wydaniem czwartego tomu Millennium po śmierci Larssona, ale w Szwecji aż huczało od plotek. Autor trylogii Millennium z niebanalną Lisbeth Salander w roli głównej - Stieg Larsson - zmarł w 2004 r. Prawa autorskie odziedziczyli jego ojciec i brat (jeśli się nie mylę), którzy w zasadzie chcieli się tylko wzbogacić. Poza tym wszędzie pisano, że za literacki spadek po Larssonie powinna odpowiadać jego partnerka. Sam Larsson zresztą wielokrotnie wspominał, że miała niemały wkład w trylogię. Problemy zaczęły się już przy sprzedaży praw do ekranizacji. Dlatego w Hollywood powstała tylko jedna część - "Dziewczyna z tatuażem" - ekranizacja pierwszego tomu Millennium "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Oburzenie sięgnęło jednak zenitu, gdy spadkobiercy zdecydowali się znaleźć kogoś, kto napisze czwartą część. I sama nie wiem, czy ktoś, kto się na to zgodził jest odważny, pragnący bogactwa i sławy czy może po prostu nierozsądny. Powiem tak, o Davidu Lagercrantzu nie wiem nic poza tym, co przeczytałam na okładce książki. Podobno jest autorem biografii o Zlatanie Ibrahimovicu oraz dziennikarzem śledczym, z opisu i zdjęcia (dobry garnitur i zegarek) wynika zatem, że na kasę nie poleciał. W Szwecji chyba sławny jest, więc pozostało zostać sławnym w innych krajach. Parę dni temu natknęłam się w ddtvn na końcówkę wywiadu z Lagercrantzem przeprowadzanego przez Ulę Chincz. Zapamiętałam tylko tyle, że Lagercrantz czytając trylogię Larssona zawsze wymyślał sobie ciąg dalszy i od dawna kombinował, co mogłoby się znaleźć w czwartym tomie. No i wykombinował, oj wykombinował!

Właściwie nie wiem, jak streścić fabułę, żeby nie zdradzić za dużo, ale jakoś się postaram. 
Frans Balder, znany szwedzki naukowiec porzuca Dolinę Krzemową, żeby zająć się autystycznym synem, Augustem. Podejrzewa bowiem, że ojczym Augusta znęca się nad nim i matką Augusta. Poza tym wykradziono mu materiały dotyczące sztucznej inteligencji, nad którą pracował, coś tam dowiedział się właśnie pracując w USA, a resztę musi ogarnąć w Szwecji. Przy okazji jego dawny kolega namawia go i Mikaela Blomkvista, żeby się spotkali i porozmawiali na temat szpiegostwa przemysłowego oraz prac Baldera. Ktoś czyha na życie naukowca, więc dobrze by było, żeby komuś zdradził nad czym pracował - żeby już nie było powodu do zabójstwa. Niestety minutę przed przyjazdem Blomkvista, Baldera odwiedza morderca i pakuje parę kulek w jego głowę. Blomkvistowi udaje się tylko dowiedzieć, że w wykryciu sprawców kradzieży danych Balderowi pomagała tajemnicza, wytatuowana i przeraźliwie chuda hakerka. Jak można się łatwo domyślić - Lisbeth Salander. 
Dalej akcja toczy się już w zawrotnie szybkim tempie. Okazuje się, że duch Zalachenki (ojca Salander) wiecznie żywy, a jego syndykat zbrodni dalej jest prowadzony i to przez osobę bardzo dobrze znaną Lisbeth. Autor napakował na każdą stronę tyle informacji, że czasem można się pogubić. We wszystko wplótł oczywiście kłopoty finansowe gazety Mikaela - Millennium. No tak, w końcu tak nazywa się cała seria, więc coś wypadałoby napisać także o tym. Połączenie jednak nagonki medialnej na Blomkvista ze szpiegostwem przemysłowym, NSA, sztuczną inteligencją i tak dalej, momentami było męczące. Często miałam wrażenie, że autor chce zawrzeć w książce wszystkie ciekawe sprawy, o których słyszał ostatnio w mediach. Za dużo jest opisów informatyczno-matematyczno-nie wiem jakich. Dla tych, których kręcą komputery pewnie byłoby to ok, ale założę się, że oni nawet nie czytają takich książek. 
Jestem wielką fanką trylogii Millennium Larssona z wielu powodów. Oczywiście głównym jest sama postać Salander. Larsson opowiadając historię Lisbeth poruszył jednak kilka ważnych społecznie tematów. Przemoc wobec kobiet i dzieci, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, które nie istnieje, kulawy system opieki nad dziećmi i niepełnosprawnymi, wszechobecna moc instytucji, które kierują się wszystkim, tylko nie dobrem dziecka, skorumpowane służby i policja. Larsson zaprosił czytelnika, żeby zajrzał do małej szkatułki szwedzkiego społeczeństwa, które zdecydowanie różni się od świata Astrid Lindgren. Lagercrantz nie zaprosił mnie nigdzie. Poza tym książki Larssona wywoływały w czytelniku skrajne emocje: agresję, gniew, na to, co spotkało Lisbeth i innych określanych przez wspaniałe szwedzkie instytucje "wyrzutkami" społeczeństwa. Lagercrantz nie wywołał we mnie żadnych emocji. Mam jeszcze jeden zarzut, tylko nie wiem, czy do autora, czy do tłumacza - niektóre zdania czy opisy były tak infantylnie sformułowane, że odniosłam wrażenie, że czytelnika traktuje się, jak idiotę.
Książkę przeczytałam szybko, bo chciałam jak najszybciej skończyć. Język jest prosty, więc także dlatego łatwo się czyta. Fabuła czasem męczy, ale mam na to niezawodny sposób - tylko przeglądam takie strony. Poza tym, nie ukrywajmy Salander to Salander i tylko dla niej warto było przeczytać "Co nas nie zabije". 
Jeżeli będzie kolejna część (a pewnie będzie) nie popędzę jednak czym prędzej do księgarni, tylko poczekam aż książka pojawi się w bibliotece. Szkoda kasy po prostu.
Miłego popołudnia:)