niedziela, 21 czerwca 2015

"SOŃKA" IGNACEGO KARPOWICZA

Twarz Sońki mówi wszystko. Co widziała, co słyszała, co marzyła i co przeżyła. Ostatnia mieszkanka i strażniczka pamięci - polskiej, niemieckiej, białoruskiej, żydowskiej. 
Sońka czeka już tylko na jedno, na Anioła. Anioł przychodzi pod postacią Igora (vel Ignacego), zblazowanego reżysera teatralnego. Sońka opowiada mu swoją historię i może w końcu spokojnie pożegnać się z tym światem.

Jedną z nominowanych do Nagrody Nike książek jest "Sońka" Ignacego Karpowicza. 
Autor znany jest już z "Balladyn i romansów" (Paszport Polityki) czy "ości" (Nagroda Nike od czytelników). Za "Balladyny i romanse" jakoś nie mogłam się zabrać, bo kojarzyły mi się z Mickiewiczem (o ile "Pana Tadeusza" uważam za arcydzieło, to po szkolnym "męczeniu" naszego narodowego wieszcza już mam dosyć). Do "ości" jakoś nie dotarłam. 
Na "Sońkę" w końcu się zdecydowałam, bo jak to tak - Karpowicz ostatnio wielkim pisarzem jest, a ja nie przeczytałam ani jednej książki. Poza tym urzekła mnie skromna okładka książki.





Akcja "Sońki" została osadzona na Podlasiu, czyli w rodzinnych stronach autora. Można się tylko domyślać, że pewne historie opowiedziane w książce pisarz niejednokrotnie słyszał w tej czy innej wersji. Sama zaś postać Sońki to podobno postać autentyczna. Jej historia została opowiedziana Karpowiczowi przez bodajże jednego z kuzynów. 

Sońka to babuleńka, która krótko mówiąc czeka już tylko na śmierć. Wydaje się jednak, że Bóg o niej zapomniał. Jest ostatnią mieszkanką w swojej czterochałupowej wsi. Pewnego dnia, gdy wyprowadza swoją krowę-żywicielkę na łąkę, spotyka Igora Grycowskiego - reżysera teatralnego z Warszawy. Super wypasiony samochód Igora psuje się na środku niczego i wtedy wyrasta przed nim Sońka z krową. Zaprasza go na świeże mleko i zaczyna swoją opowieść. Od tego momentu pisarz prowadzi akcję dwutorowo: Sonia opowiada, Igor tworzy spektakl na podstawie tej opowieści.

Sonia żyje z ojcem i braćmi na białorusko-polskiej prowincji. W czasie wojny zakochuje się w SS-manie. Zachodzi w ciążę. SS-man odchodzi. Sońka wychodzi za mąż za miejscowego chłopaka, rodzi syna. SS-man wraca...
Igor patrzy, słucha Soni i pojmuje, że na taką historię czekał. Sonia cieszy się, że może wreszcie zrzucić z siebie ciężar, który nosiła tyle lat. Korzyści ze spotkania są więc obopólne.

"Bo w czwartej chałupie w Królowym Stojle koniec spotykał się z początkiem, śmierć z narodzinami, przeszłość z przyszłością, a obydwie odważane woreczkami popiołu. (...) I wielka stała się radość w czwartej chałupie w Królowym Stojle. Sonia się radowała, bo odchodziła w chwale."

Mimo, że jest to historia brutalna, pełna przemocy i smutku, Karpowiczowi udało się ją opowiedzieć nadzwyczaj spokojnie i wzruszająco. Pisarz poruszył w "Sońce" temat okropności wojennych, jako okropności, które najbardziej dotykają wszelkiego rodzaju mniejszości. W tym przypadku mniejszości narodowe, takie jak żydowska i białoruska. Ale nie tylko. Karpowicz, mam nadzieję, że świadomie, zwrócił uwagę na postrzeganie kobiet w tamtych czasach i na to w jak brutalny sposób wojna dotyka właśnie kobiety. Sama Sońka porównuje życie kobiety do kozy, która jest więcej warta od niej. 
Najlepszą opinią, jaką mogłabym wystawić "Sońce" jest powiedzenie, że po przeczytaniu pozostał po pierwsze niedosyt i żal, że tak szybko się skończyła (bo muszę przyznać, że językowo i kompozycyjnie została napisana świetnie). Po drugie zaś za pojawienie się refleksji nad wykorzystywaniem przez media i kulturę modnych historycznych tematów. I nie chodzi tutaj o samo mówienie i przypominanie o rzeczach ważnych i okrutnych, które już nigdy nie powinny się wydarzyć. Takie przypominanie powinno trwać bowiem aż do znudzenia. Nie wypada jednak z pewnych tematów robić bezrefleksyjnej maszynki do zarabiania pieniędzy. I jeszcze jeden element: Karpowicz przypomina, że nie należy się wstydzić swoich korzeni. Igor Grycowski - wielki warszawski pan reżyser to tak naprawdę Ignacy Gryka - mówiący kiedyś z białoruskim akcentem chłopak z przygranicznej wsi. Czuł się gorszy od innych, więc zamiast mniejszością wolał stać się większością. Tylko po co?

Gorąco polecam "Sońkę". Udanego tygodnia:)