niedziela, 13 września 2015

CZY ISTNIEJE DOBRY GUST "KSIĄŻKOWY"?


źródło
O gustach podobno się nie dyskutuje. Czy aby na pewno? Poza tym, czy coś w tym złego, że o gustach jednak porozmawiamy?
Jakiś czas temu większość blogerek modowych i lifestylowych*, do których zaglądam próbowała odpowiedzieć na pytanie, czym jest bądź skąd się bierze dobry gust. Z tego, co powiedział Mr Google około 90 % blogerek podjęła rękawice i w mniej lub bardziej interesujący sposób zajęła się tematem.

Ja, z przymrużeniem oka, chciałabym się trochę pozastanawiać, czy istnieje coś takiego jak dobry gust w wyborze czytanych książek. 
Wszyscy znamy przepiękne zdjęcia wnętrz z Pinteresta. Te szarości, biele, karafki, świeczniki, misy, wazony, świeże kwiaty... no i te biblioteczki. A co w tych biblioteczkach?
Oczywiście pierwsze, co przychodzi mi do głowy jako symbol braku gustu to "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i moje ulubione kryminały, które dla wielu są synonimem dosyć prostej rozrywki. Do wyższej szkoły jazdy i rozrywki dla znawców należałoby z kolei zaliczyć poezję. Poza tym każdy szanujący się czytelnik powinien w swoim życiu przeczytać tzw. literackie arcydzieła, czy książki należące do tzw. klasyki. Dostojewski, Czechow, Goethe, Kafka, Szulc, Szekspir... Te nazwiska powinien przecież znać każdy szanujący się czytelnik. Są jeszcze reportaże i literatura faktu, które również można umieścić na półkach dosyć wysoko. Biografie....hm.... zależy, czy zostały napisane tylko dla taniej sensacji i czy tworzeniu takiej książki towarzyszył dobry research. Mamy jeszcze nagrody: Pulitzer, Booker, Nagroda Goncourtów, Cervantesa, Nobel, nasze rodzime: Nagroda Nike, Paszporty Polityki, Nagroda Literacka Gdynia czy Nagroda Wielkiego Kalibru. Wypadałoby znać najnowszych laureatów i przeczytać przynajmniej uhonorowaną książkę. Kryminały, thrillery, horrory - na dwoje babka wróżyła. Zapomniałabym o literaturze fantastycznej - ja osobiście nie przepadam, ale obecnie znajduje się dosyć wysoko w klasyfikacji. Na szarym końcu ciągną się, notabene, najlepiej sprzedające się: poradniki wszelkiej maści, książki motywacyjne, literatura erotyczno-romantyczna, Danielle Steel, Nora Roberts i takie tam harlequiny.
Czy temat jest w ogóle wart rozmowy? Chyba tak, skoro pewien Francuz, Pierre Bayard, stworzył quasi-poradnik: "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?".
A co ja myślę? Po pierwsze: stereotypy wciąż mają się dobrze. Po drugie: w zasadzie nie powinno się uprzedzać do żadnej książki. Ja mimo to, swoje uprzedzenia mam i chętnie porozmawiam o tym, dlaczego nie przeczytałam żadnego "dzieła" E.L. James.
Pozdrawiam:)

*Tak na marginesie, najbardziej spodobał mi się tekst styledigger.