czwartek, 2 czerwca 2016

"GÓRA TAJGET" ANNA DZIEWIT-MELLER

źródło
Anna Dziewit-Meller podobno wydobyła traumy przeszłości i obdzieliła nimi czytelników. Wydaje się, że miała to być zachęcająca opinia o książce (przeczytana bodajże w "Polityce", ale głowy nie dam). Mnie co najwyżej nie zniechęciła. Książka zaś okazała się nie być spisem historycznych traum, a opowieścią o pamięci, zapomnieniu, strachu i odwadze. "Góra Tajget" podsumowuje również dzisiejszy świat, w którym biznes i pieniądze niestety wygrywają w walce ze "słuszną sprawą". Nie jest to może pozycja wybitna, nieco naiwna w tonie, ale przez to bardziej prawdziwa.


Tajget to pasmo górskie dzisiejszej Grecji. Do niedawna sądzono, iż mężowie starożytnej Sparty zostawiali w tym miejscu nowonarodzone, słabe bądź niedorozwinięte w ich mniemaniu dzieci. Zabijanie przez Spartan słabszych swego czasu popierali i wskazywali, jako swoje usprawiedliwienie, naziści. Teren Tajgetu został przeszukany przez archeologów, nie znaleziono tam jednak szczątek noworodków, a chłopców i mężczyzn powyżej 18 r.ż. Mit okrutnej Sparty stracił na znaczeniu, być może jednak dzieci bywały porzucane w innych miejscach niż Tajget.
"Góra Tajget" to oczywiście fikcja, pisarka nawiązuje jednak do E-Aktion, czyli jednego z wielu wspaniałych wynalazków III Rzeszy, a mianowicie programu eliminacji osób upośledzonych, celem utrzymania odpowiedniej higieny rasowej. Jakkolwiek brzmi to strasznie i wydaje się nie do pomyślenia w dzisiejszej, cywilizowanej Europie, wystarczy włączyć dowolny program informacyjny, a odniesienia do podobnego toku myślenia można znaleźć na każdym kroku.

Książka Anny Dziewit-Meller to zbiór wojennych historii z kręgu jednej rodziny. Warto dodać, że śląskiej rodziny. Współcześnie łącznikiem jest Sebastian, Karolina i malutka Małgosia. Oraz lęk, nie do końca zrozumiały, silny lęk o zdrowie, życie i bezpieczeństwo córki. Sebastian, Ślązak, farmaceuta, właściciel apteki, dobrze sytuowany, zostaje ojcem. I już nie przestanie się bać. Jego lęk jest symboliczny, może nawet dziedziczny. Czy dzisiejszy lęk o byt, o zdrowie, o pieniądze, nawet o życie można jednak porównać ze strachem przed łapanką, przed wstrzyknięciem luminalu, przed zbiorowym gwałtem przez skośnookich czerwonoarmistów, przed bombardowaniem... Sebastian poznaje historię małych pacjentów z dawnego szpitala psychiatrycznego. Dlaczego nikt wcześniej o tym nie mówił? Wszyscy wiedzieli, wszyscy milczeli, wszystkie śląskie rodziny milcząco przeżywały krwawe, wojenne historie. Czy milczenie okazało się dobre? To pytanie pojawiało się już w "Oskarżam Auschwitz" Mikołaja Grynberga czy w "Szumie" Magdaleny Tulli. Czy jeżeli coś jest niewypowiedziane oznacza, że tego nie ma i nie było? Od zła nie można uciec, zło, które raz się wydarzyło pozostaje na pokolenia. Warto, żeby te pokolenia o tym pamiętały. Zwłaszcza, że na wojnie najbardziej cierpią najsłabsi. To ich cierpienie jest konsekwencją decyzji tych, którzy uważają się za władców.
Takie książki boleśnie przypominają o przeszłości. "Góra Tajget" nie jest niczym nowym na rynku wydawniczym, ale porusza czytelnika i rozgrzebuje niewypowiedziane lęki. Nie można zapomnieć, pamięć pomaga w unikaniu bezmyślnych, godzących w innych decyzji. Tylko, czy pamięć oznacza dla wszystkich to samo? A pamięć o wojnie? Świadkowie powoli się wykruszają, przychodzi czas rozliczenia. Sebastian, bardziej z poczucia obowiązku niż z przekonania udaje się wraz z byłym nauczycielem do urzędu miasta, żeby porozmawiać o pomniku dla dwustu pomordowanych, niewinnych istot. Problem polega jednak na tym, że na terenie szpitala, w którym nazistowska machina śmierci działała powstaje wielomilionowa inwestycja, a pomnik...niestety nie kojarzyłby się odpowiednio.

P.S. Długo mnie nie było i ciężko było wrócić. Moje sprawy zawodowo-naukowe potoczyły się dobrze, musiałam jednak trochę odpocząć i zastanowić się, czy mam jeszcze czas na bloga. Na razie mam:) dziękuję tym niewielu, którzy zaglądali na bloga pomimo braku postów.

Zapraszam do podzielenia się waszymi refleksjami o "Górze Tajget".
Miłego dnia :)