piątek, 14 listopada 2014

Spring november ends... + "Nocne zwierzęta" Patrycji Pustkowiak



Przepiękny wiosenny listopad tegorocznej jesieni mija powoli, bezpowrotnie… Dzięki temu jednak mam odrobinę wolnego czasu, żeby posiedzieć na sofie (zauważyliście, że nikt już nie mówi kanapa czy wersalka, a już broń Boże tapczan, teraz mamy sofy, szezlongi, pufy – taka mała dygresja) i podzielić się z Wami kolejnymi książkami. Będzie zatem o tych przeczytanych, oczekujących oraz nowościach, o których głośno w mediach wszelkiej maści.
Najpierw jednak taka mała refleksja.
Wszędzie, gdzie ostatnio mnie mój wzrok – i klawiatura – poniesie, słyszę, że każdy „piszący” (czyli pisarz, dziennikarz, bloger – swoją drogą mój Word nie zna takiego wyrazu, czy też początkujący pisarz…. i jak wyżej) powinien każdy dzionek zaczynać od pisania, przerywać dla pisania bądź kończyć pisaniem. A więc (wiem: zdania nie zaczynamy od „a więc”, ale cóż…tak już mam) ja też tak postanowiłam i od paru dni nawet mi się udaje. Efekty – już niedługo na blogu.


A dzisiaj: wreszcie recenzja „Nocnych zwierząt” Patrycji Pustkowiak. Echa finału Nagrody Nike już dawno przebrzmiały, a ja dopiero teraz zdecydowałam się napisać coś niecoś o finalistce Nike.
Od razu zaznaczę, że przed przeczytaniem spotkałam się tylko z pochlebnymi, a co najmniej aprobującymi opiniami o debiucie literackim Pustkowiak. Wymagania wzrosły, napięcie sięgnęło zenitu (a może raczej sufitu:) i... opadło tak szybko, jak się wzbiło. Książka nie odzwierciedliła jakże szumnych recenzji i zapowiedzi. Okazała się zbiorem średnio ciekawych alkoholowo-narkotykowych perypetii i wizji Tamary Mortus – bohaterki książki – z kilku dni czy też jednego weekendu. Tamara nie ma pracy, nie ma partnera, nie ma rodziny, nie ma przyjaciół. Ale ma whisky, wino, piwo, koks, telefon do dilera, znienawidzonych byłych współpracowników z korpo, filmy porno wieczorami, obleśnych przyjaciół od kieliszka i wciągania kreski, etc. Co zadziwiające Tamara nie ma pracy, ale ma pieniądze na koks, whisky i jak wyżej, nie mieszka pod mostem ani w mieszkaniu socjalnym, odwiedza nie-tanie nocne kluby. Dla mnie taki dysonans już psuje całą opowieść i zaczynam się zastanawiać, co autor miał na myśli. Ten dysonans pozostaje ze mną aż do zakończenia, które swoją drogą jest tak absurdalne, jak tylko to możliwe – kusi mnie, żeby zdradzić, co tam Tamara nawywijała i co jej nawywijano, ale może ktoś nie przeczytał, a chce, tak więc, no…. Podsumowanie.
Na okładce książki zacytowano Justynę Bargielską, która pompatycznie ogłosiła, że „Nocne zwierzęta” to wersja „Pod wulkanem” dla kobiet. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego „Pod wulkanem” M. Lowry’ego jest nie dla kobiet, ale to już inna historia. Po drugie „Pod wulkanem” to powieść niejako symboliczna, to książka nie tylko o alkoholizmie, ale też o miłości, o nastrojach wojennych (wojna domowa w Hiszpanii, za chwilę II wojna światowa), wolności i jej granicach. Tego próżno szukać u Pustkowiak. Nie wiem, do jakiej grupy książkę zaklasyfikować. Czytałam już oczywiście wszelkiego rodzaju epickie formy z alkoholem, narkotykami i uzależnieniami w tle. Szczerze - średnio przepadam za tego typu „wnętrzem” książek, ale jeżeli jest to uzasadnione i ma jakieś przynajmniej pseudo-uzasadnienie to w porządku. Gorzej jeżeli nie wiem, czemu służą takie tematy. Może „Nocne zwierzęta” to po prostu swego rodzaju naturalistyczna satyra na życie „warszawki”, „korpo”, życia dla samego siebie, taki wiecie - pamflet. Przykro mi, może nie zrozumiałam aluzji.

Debiut Pustkowiak ani ziębi, ani grzeje. Przeczytanie nie grozi jednak kacem.