poniedziałek, 22 grudnia 2014

"DZIENNIK ZIMOWY" PAULA AUSTERA - REFLEKSJE




„Dziennik zimowy” Paul’a Auster’a to taka częściowa biografia autora. Wspomnienia spisane na początku zimy życia.
Zaczyna się od blizn wyoranych na twarzy, namacalnych, wywołanych zabawami z dzieciństwa, grą w koszykówkę, bójkami - by potem pójść w stronę blizn wspomnieniowych. Mamy tu również odkrywanie własnej seksualności, pierwsze miłostki, zabawne mądrości życiowe w stylu „nigdy nie przegap okazji, żeby się wysikać”, czy próbę wybrnięcia przez matkę z pytań syna „skąd się biorą dzieci” i opowieści o zasianiu przez tatę nasionka w mamie.
Mniej więcej połowę biografii zajmuje spis mieszkań i domów, w których żył pisarz – zestaw najważniejszych zdarzeń na poszczególnych etapach życia w powiązaniu z miejscem, w którym wówczas przyszło mu egzystować. Wyśmienita proza:)
Na okładce książki znalazła się informacja, że jest to antybiografia Austera. Nie mogę się z tym zgodzić, chyba że źle zrozumiałam pojęcie „antybiografii”, które odbieram jednoznacznie negatywnie. Po przeczytaniu odniosłam wrażenie, że autor wie i cieszy się tym, że póki co dobrze przeżył życie. A to, co się wychyla na pierwszy plan, jako element niezbędny dla pełni szczęścia, to - jakżeby inaczej – bezwarunkowa miłość do żony i żony do pisarza. W zasadzie, całą książkę przenika niezwykła duma i ogromny szacunek dla żony. Autor przedstawił to jednak w bardzo nienachalny i delikatny sposób.
„Jedne drzwi się zamknęły. Inne zostały otwarte. Wkroczyłeś w zimę swojego życia.” Życie polega na tym, że niektóre drzwi ludzie zamykają nam przed nosem i traktujemy to wtedy, jako nieprawdopodobny cios. Jeżeli jednak ktoś uchyla nam w tym czasie inne drzwi, zazwyczaj nawet tego nie zauważamy. Za bardzo skupiamy się na co już dawno zakończone, rozpamiętujemy, zamiast żyć dalej i wciąż otwierać nowe drzwi. I przede wszystkim nie bać tego.
Wychwalam, wychwalam i teraz też przekornie pochwalę – główny motyw wspomnień to dla mnie śmierć. Śmierć ojca, matki, babci, kolegi z czasów szkolnych, ojczyma… Śmierć nieuchronnie towarzyszy nam przez całe życie, a gdy przechodzimy do jego zimowego etapu jest jej po prostu więcej. Gdzieś w sieci natknęłam się na opis, że głównym bohaterem książki jest ciało w sensie jego zmian, urazów, bólu, przyjemności, nieuchronnej starości. Ja tego tak nie odczułam, ale jak to zwykle bywa, każdy czytelnik odkrywa coś innego. Pisarz wydaje się być pogodzony z upływającym czasem, jedyne, co odczuwa boleśnie to właśnie śmierć bliskich osób.
Ostatnia refleksja: gdy jesteśmy młodzi, chcemy łapczywie czerpać z życia wszystko co się da, z wiekiem zaś, skupiamy się bardziej na tym co życie nam przynosi i spokojnie to przyjmujemy.
„Dziennik zimowy” – po prostu: polecam:) (tylko uprzedzam – nie wiem czy to z powodu tłumaczenia, czy tak wyszło – pierwsze 10 stron nie czyta się najlepiej).

P.S. 1: Nie miałam pojęcia, że dziadkowie pisarza pochodzili z terenów dawnej Polski (jedni z okolic Stanisławowa, drudzy z terenów dzisiejszej Białorusi).
P.S. 2: Jeżeli ktoś się spodziewa klimatu z powieści Austera, to jak dla mnie niewiele mamy tutaj atmosfery z „Trylogii nowojorskiej” czy „Niewidzialnego”. Wspomnienia pisarza są zdecydowanie bardziej pozytywne, nie ma tu tylu rozważań egzystencjalnych, melancholii.
P.S. 3: Ups! Zapomniałabym napisać o stylu. „Dziennik…” to oczywiście nie dziennik, tylko wybiórczo i niechronologicznie spisane wspomnienia. Poza tym pisane są one w drugiej osobie, co nadaje książce niepowtarzalnego charakteru i pazura.   
I niech będzie jeszcze P.S. 4: Podoba Wam się okładka książki? Niedawno The New York Times ogłosił listę najlepszych okładek roku 2014 - króluje prostota, graficzne wzory. Z tych wybranych przez NYT mój faworyt to “Can’t and Won’t” by Lydia Davis.

Christmas coming...:)