środa, 21 stycznia 2015

„W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman - PORADNIK DLA UMĘCZONYCH RODZICÓW




Książki o wychowaniu dzieci – trudny orzech do zgryzienia. Należy przy tym pamiętać, że ilość przeczytanych poradników nie przekształci się w jakość naszej wiedzy.
Po urodzeniu się mojej córki w celach dokształcających dwie książki zakupiłam, a jedną pożyczyłam od już doświadczonej matki. Dzisiaj przedstawię tę, którą przeczytałam całkiem niedawno, pomimo iż Eve kończy już dziewięć miesięcy.
„W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman to reportersko-rozrywkowy poradnik dla rodziców (bardziej dla matek) o tym, jak wychować dziecko samodzielne i stworzyć z nim dobrą relację. Książkę kupiłam bynajmniej dla walorów edukacyjnych, bardziej z ciekawości i pewnego rodzaju uwielbienia dla francuskiego stylu życia. I tu nastąpiło zaskoczenie. Okazało się, że porady Druckerman są świetne, a jej „reportaż” uratuje na pewno niejednych zmęczonych rodziców.

Amerykańska dziennikarka, mieszkanka Nowego Jorku, zakochała się i postanowiła zamieszkać z ukochanym (Brytyjczykiem) w Paryżu. Tam też urodziła trójkę dzieci (córeczkę Leilę – zwaną Bean oraz bliźniaki: Joela i Leo). W wychowaniu „poszła” na amerykański żywioł. W praktyce oznaczało to: nieprzespane noce, problemy dzieci z jedzeniem, wieczne „jęczenie” dzieci, bóle kręgosłupa, bóle głowy, nieustanną irytację, kiepskie relacje z mężem, palpitacje serca wywoływane okruchami na stole, brak odrobiny czasu dla siebie. I nagle zauważyła, że – nie licząc jej własnych- otaczają ją same grzeczne, spokojnie się bawiące, nie krzyczące po restauracjach dzieci. Postanowiła więc odkryć francuski sekret dotyczący wychowania dzieci.
Książkę poleciłabym:
- osobom nieposiadającym dzieci: w celach rozrywkowych, do poczytania o trudach i urokach rodzicielstwa (ze wskazówkami na przyszłość),
- kobietom w ciąży i ich partnerom: do przeczytania najlepiej na samym początku ciąży, żeby się nie stresować i nie traktować ciąży, jak kolejnego wyzwania zawodowego,
- dla matek kilku- bądź kilkunastomiesięcznych maluchów: dwa pierwsze rozdziały w zasadzie można sobie odpuścić (za dużo ckliwych historyjek o początkach miłości autorki i jej partnera, etc. – zresztą nie po to zdecydowałam się przeczytać książkę).
            Czytając o sekretach Francuzek odkryłam, że właściwie instynktownie stosuję niektóre ich „techniki wychowawcze”. Tzn. szanuję odrębność swojego dziecka i pozwalam mu na to, żeby było samodzielnie (oczywiście na tyle na ile 9-miesięczny maluch może być samodzielny), pamiętając przy tym o granicach jego wolności. Nie biegnę w popłochu na każde pisknięcie mojej córki. Przytaczając w ślad za Druckerman: „Nawet najlepsza matka nie może być bezustannie na usługi dziecka i nie musi czuć się z tego powodu winna”. Często spotykam się z opinią, że matka powinna siedzieć przy dziecku, zabawiać go, asekurować, etc. Nic bardziej mylnego. Już kilkumiesięczne dziecko potrafi się świetnie samo sobą zająć – z udziałem ulubionych zabawek, tylko od czasu do czasu potrzebuje naszej „asysty”. Poza tym wystarczy, że jesteśmy w pobliżu. Nie narzucajmy się jednak zbytnio ze swoją obecnością. Dzieci mają same „otwierać oczy” na świat. Niemowlęta i małe dzieci powinny prowadzić życie wewnętrzne bez nieustannej interwencji matek.
Zgodnie z francuskim ideałem wychowania powinniśmy wyznaczyć cadre czyli sztywne granice, w obrębie których dziecko ma jednak dużo swobody, co oznacza m.in. nie uleganie kaprysom dzieci. Oprócz cadre należy jeszcze ustalić harmonogram dnia dziecka, wtedy łatwiej zarządzamy swoim czasem, a dziecko jest spokojniejsze, gdy mniej więcej wie, co niedługo nastąpi. Francuscy rodzice i dzieci już od pierwszych tygodni zawierają tzw. complicite – porozumienie, które zakłada, że dzieci są istotami racjonalnymi, z którymi dorośli potrafią budować relację opartą na szacunku. Wiąże się to m.in. z tym, że Francuzi mówią do dzieci już od urodzenia. Ważne jest rozmawianie z dzieckiem od pierwszego dnia życia, mówienie mu, że „teraz przewijamy pieluszkę, żeby pupa nie była odparzona”, „teraz będziemy się kąpać” itp. Istotne dla Francuzów jest też attends – „poczekaj”; jest to swego rodzaju polecenie wydawane dziecku, które sugeruje, że dziecko nie potrzebuje natychmiastowej uwagi i może jeszcze chwile samo się czymś zająć. Jest to bardzo ważne, bo pomaga dziecku radzić sobie ze złością i frustracją. Każde francuskie dziecko odkąd zaczyna mówić musi nauczyć się tzw. magicznych słów: dzień dobry, do widzenia, dziękuję. Dzieci nie wypowiadające tych słów w odpowiednich momentach uważane są od razu za niegrzeczne. We Francji wiedzą, że „doskonała matka nie istnieje”. Dlatego kobiety nie czują się winne, gdy zamiast dziecku poświęcają czas sobie. Spotykają się z przyjaciółmi, czytają książki, mają swoje hobby, chodzą do kina, teatru, odwiedzają fryzjera, kosmetyczkę, wcześnie wracają do pracy, a dzieci powierzają opiekunkom w żłobkach. Równowaga (équilibre) jest najważniejsza. Nie można dopuścić do tego, że jakaś dziedzina życia – tu: rodzicielstwo - zdominuje pozostałe. Francuzki są dumne, gdy mogą się oderwać od macierzyńskich obowiązków i zrelaksować. W USA akceptuje się, że kiedy masz dzieci nie masz czasu dla siebie i innych. Amerykanki czują się winne, gdy mają czas na odpoczynek (myślę, że duża część Polek też – ja do nich na szczęście nie należę). Poczucie winy to pułapka, z której ciężko się wydostać, dlatego warto przemyśleć swoją strategię wychowania i zaczerpnąć coś-niecoś od Francuzów.
Myślę, że najważniejsze w wychowaniu powinny być rozwaga i równowaga. Tego mam zamiar się trzymać przez najbliższych kilka lat. Na razie jakoś się udaje. Moja córka przesypia całą noc, ma uregulowane posiłki (nie marudzi przy  jedzeniu) i dzienne drzemki, w histerię jeszcze nie wpadła, etc. Porady Druckerman tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że jesteśmy na dobrej drodze. Jeżeli ktoś ma ochotę wejść na tę samą ścieżkę zapraszam do lektury. Polecam:)