wtorek, 22 września 2015

"GDY ZNIKNĘŁY GOŁĘBIE" SOFI OKSANEN


Z prozą fińskiej pisarki Sofi Oksanen spotkałam się po raz pierwszy. Książkę wypożyczyłam po zobaczeniu w tv minuty rozmowy z autorką książki "Gdy zniknęły gołębie". Poza tym zachwyciła mnie estetyka okładki. Zasłonięta twarz w powiązaniu z tematem, jakim zajmuje się Oksanen (totalitaryzm a człowiek) wskazała, że będzie to mocna literatura. Na książce się nie zawiodłam, jest to naprawdę proza z wysokiej półki. Podejrzewam, że tłumaczenie też miało w tym swój udział. Oczywiście przy tak trudnym i skomplikowanym motywie przewodnim miałam chwilę zwątpienia przy czytaniu, ale na szczęście wystarczyło przebrnąć przez parę mało ciekawych stron i znowu było interesująco.
Rzecz dzieje się w Estonii (matka Oksanen jest Estonką, więc pewnie ma to coś wspólnego). Autorka przeplata historie czwórki młodych ludzi (kuzynów Edgara i Rolanda, żony Edgara Juudit, a także narzeczonej Rolanda) z czasów okupacji sowieckiej, hitlerowskiej i znowu sowieckiej. Tak na marginesie tylko przypomnę, że Estonia od rozpoczęcia II wojny światowej do czerwca 1941 r. znajdowała się w radzieckiej strefie wpływów, później do Estonii wkroczyli Niemcy, a od 1944 r. ponownie Sowieci. 
Oksanen pokazuje skrajnie różne postawy wobec śmierci, okrucieństwa, ludzkiej podłości. Roland wierzy w ideały, walczy z Sowietami i nazistami, pomaga bezbronnym, żyje nadzieją na lepsze czasy. Juudit wierzy w miłość, którą odnajduje nie przy mężu, a przy niemieckim oficerze, wydając na siebie wyrok, jeżeli nie śmierci to na pewno wykluczenia ze społeczeństwa. Jednocześnie stara się przynajmniej w minimalnym stopniu pomóc innym. Edgar to typowy przykład dwulicowego konformisty. Do życia podchodzi pragmatycznie do granic możliwości, nie liczy się z nikim, żeby przeżyć potrafi zniszczyć każdego.
W szerokim kadrze można zobaczyć Estonię w szponach hitleryzmu i stalinizmu, jednak gdy podejdziemy bliżej możemy zobaczyć, jak różne mogą być postawy wobec zła. Zło każdy może zdefiniować inaczej. Do zła można się przystosować, można je obejść, udawać, że go nie ma, przyzwyczaić się lub walczyć. "Gdy zniknęły gołębie" to epicko opowiedziana rzecz o tym, czy lepiej być konformistą, czy może podjąć ryzyko buntu. Jest to również opowieść o miłości, bólu rozstania, śmierci... Nie ma tu "...i żyli długo i szczęśliwie". Oksanen nie opowiada bajek tylko opisuje prawdziwe życie, ze wszystkimi jego konsekwencjami. W tym sensie jej proza przypomina mi w pewnym stopniu książki Herty Muller, która rozprawia się z tematem socjalistycznej Rumuni.
Narracja w książce prowadzona jest kilkutorowo, abyśmy mogli poznać punkt widzenia wszystkich bohaterów. Oksanen zrobiła to w bardzo subtelny sposób, "przejścia" pomiędzy narratorami są ledwo wyczuwalne. Duże brawa dla tłumacza. Ogromne znaczenie miał tutaj nastrój książki, a tłumacze często gdzieś gubią i zapominają, że atmosfera jest czasem ważniejsza od słów. 
Gdybym miała skomentować książkę jednym zdaniem, napisałabym, że w "Gdy zniknęły gołębie" Oksanen pięknie opowiedziała smutek. Czytając, cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy "Sońkę" Karpowicza (o której pisałam tutaj) oraz właśnie prozę Muller. 
Miłego wieczoru:)